To nie jest kraj dla radosnych ludzi

Opublikowano Marzec 21, 2013 | przez Redakcja

cud_nad_wisla

Znana – podobno, bo mi nie – pani architekt przegrała dziś w Warszawie proces z miastem, któremu założyła sprawę w związku z hałasem z dobiegającym z mieszczącego się obok jej bloku klubu Cud nad Wisłą. Cieszmy się, że przegrała.

Niezorientowanych uświadamiam: w Warszawie nad rzeką był* w świetnym, oddzielonym szerokim pasem zieleni i położonym z dala od budynków mieszkalnych miejscu, klub pod gołym niebem. Ten klub to w zasadzie ogrodzony teren, na którym wysypano piasek i żwir oraz postawiono trzy kontenery. Jeden to bar, drugi – scena, a w trzecim kilka osób na krzyż może się schronić przed deszczem. Wcześniej nic tam nie było, zimą zakład oczyszczania miasta zrzuca stamtąd śnieg do Wisły.

Na terenie klubu jest też kilkadziesiąt leżaków i drewnianych palet, służących za stoły, na których za dnia kładzie się drinki i napoje, a w nocy, kiedy są organizowane imprezy, ludzie tańczą. Klub jest ogromnym sukcesem, działa 2 albo 3 lata, jego beztroski klimat podoba się większości ludzi. Nie jest ani zbyt hipsterski, ani zbyt mainstreamowy. Za dnia się tam leniuchuje, wieczorem można uderzyć w melanż. Przy ładnej pogodzie daje to namiastkę wakacji, bo widok na drugą stronę Wisły, most i Stadion Narodowy nie przypomina typowej Warszawy.

Jak napisałem, w zasadzie obok nie ma budynków mieszkalnych. Najbliżej są: Centrum Nauki Kopernik i Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego. W obu mieszka tylko ochrona. Między nimi jest apartamentowiec. Tutaj mapa, tak to wygląda:


Wyświetl większą mapę

Jak widać, nie jest to klub w centrum miasta. Polska to jednak Polska. Pani Kuryłowicz uznała, że to i tak za blisko, a potworny hałas nie daje jej żyć, więc złożyła do sądu sprawę, którą dzisiaj, po 30 minutach rozprawy (!) przegrała. To, że przegrała, to dobrze. To, że rozprawa w ogóle się odbyła, przypomniało mi o tych wszystkich razach, gdy przyjemny wieczór na mieście kończy się nagle o 23, bo w tym kraju lud chwyta za telefon i wykręca 997, gdy tylko dojdą go szmery inne, niż z serialu na TVN-ie. Przykładów mam aż za wiele.

Wiosna, siedzimy ze znajomymi kulturalnie w ogródku restauracji na placu w centrum miasta, jemy coś i śmiejemy się. Nagle: policja. Baba z piętra nad knajpą zadzwoniła po interwencję, bo za głośno. „Tu, za głośno”? „Pani tak twierdzi”. My twierdzimy, że jest cicho, więc patrol odszedł. Pojawił się znów, po kilkudziesięciu minutach. I potem, drugi raz. Przysięgam, gdybyśmy przekroczyli dowolną normę, pewnie bym się tu przyznał. Ale jak walczyć z czymś, co mogę nazwać tylko syndromem starej, wrednej baby, sfrustrowanej tym, że ktoś… po prostu się dobrze bawi?

Tak, nie mam tu złudzeń. Gros donosów do straży miejskiej i policji, w tym te, które latem zeszłego roku przetrzebiły miejskie kluby pod bzdurnym hasłem „walki z piciem alkoholu w miejscu publicznym”, opiera się nie na prawdziwym problemie hałasu, ale zazdrości. Zazdrości pierdzących w fotel, zgrzybiałych ludzi, którzy nie tolerują tego, że ktoś może w piątek o 23 robić coś innego, niż oglądać powtórki Klanu w telewizji. Wszystko inne to dla nich przykrywka.

Tym ludziom nie można się dać pobić. Kiedy raz poczują krew, nie odpuszczą do końca. Oni mają misję. Ich misją jest pusta ulica. Ich misją jest smutna, chujowa Polska, w której każdy ma tyle samo przyjemności z życia, co oni. Zero.

ZERO.

Ich frustracja rodzi agresję, a owocem agresji jest donos, bo to jedyna rzecz, której się potrafią chwycić. Ci ludzie są nieprzyzwyczajeni do nowoczesnego miasta, wychowali się w realiach, w których po 22 na dwór wychodziło się tylko z psem, a jeśli w ich okolicy pojawia się miejsce, w którym czas będzie spędzać młodzież, wchodzą w tryb defensywy. Ale obroną jest dla nich atak. 997, „Dobry wieczór, uprzejmie donoszę”.

To zachowanie nie daje polskim miastom szans na rozwój i zasypanie postkomunistycznego dołu, w jakim znajdują się wybudowane w tym okresie dzielnice. Takie Powiśle – przykład na czasie, bo to tam jest Cud nad Wisłą, to tam zaczęła się latem walka z klubami na otwartym terenie i stamtąd wynoszą się świeżo zakładane knajpy – w czasach komuny było smutnym, szarym miejscem, na dużej części którego nocami kręcili się głównie menele. Na menela ciężko donieść, bo jak się domyśli, kto doniósł, to przyjdzie i zajebie w łeb.

A co zrobi ktoś, kto chciał zarobić w piekielnie ciężkiej kategorii, jaką jest gastronomia, ożywić przestrzeń, zrobić coś dobrego dla miasta, wprowadzić trochę życia, więc otworzył restaurację? Raczej nie powie sąsiadom, że jeszcze jeden telefon i pójdą szyby w oknach. Nie podpali drzwi, nie obsika wycieraczki. Zniesie to raz, drugi, trzeci, po czym albo zbankrutuje, bo odbiorą mu koncesję, albo będzie się musiał wynieść, albo ma stalowe nerwy i przetrwa, ale bez uśmiechu na ustach.

Mnie to przeraża. Dla mnie otwarcie tego rodzaju letnich miejsc w Warszawie (Pawilony, Cud, Plac Zabaw, etc – przepraszam mieszkańców innych miast za pomijanie „ich” miejsc, ale po prostu nie znam przykładów – wybaczcie, nie robię tego celowo) sprawiło, że miasto, w którym się wychowałem i które miało wizerunek smutnego, mało radosnego i pustego nocą, zmieniło się nie do poznania. Na przestrzeni pięciu, może trochę więcej, lat, wyszliśmy z siódmej ligi europejskiej i przeskoczyliśmy kilka klas do góry. Berlin, Londyn, czy Barcelona są ciągle lata świetlne przed nami, ale przynajmniej nie ma już takiego wstydu, jak kiedyś. Według wielu Kraków, Wrocław, Poznań czy Trójmiasto wciąż są lepsze, niż stolica, i może mają rację (ciężko mi ocenić: nie bywam często), ale ciężko jest nie doceniać pracy, jaka została tu włożona w transformację zbitki fabryk, bloków i resztek zabytków w miasto sympatyczne, fajne do życia dla tych, którzy nie chcą zgnić na kanapie. 

Co bym radził starym, zgorzkniałym ludziom? Najszczerzej, jak umiem: kupić sobie zatyczki do uszu albo sprzedać mieszkania w położone dobrych miejscach i przenieść się tam, gdzie hałasu nie będzie jeszcze długo. Choć i tam nie zaznają stu procent spokoju.

Lato, Kabaty (warszawska sypialnia), stoliki przed kawiarniami przy fontannie, 22:01. Pojawia się kelner. „Zapraszam do środka”. „Dlaczego”? „Mieszkańcy protestują, jest za głośno”. „Ale jest cicho”. „Ale będą i tak protestować, jeśli ktokolwiek zostanie na zewnątrz po 22, zawsze to robią”.

Mam na to tylko jedno słowo, zaczyna się na literę „K”, a kończy podobnie do wyrazu „męstwo”.

Ten kruchy związek pomiędzy najemcami, a mieszkańcami, nie ma oczywiście tylko jednej strony. Jest też druga: budzone przez imprezowiczów dzieci, awantury pod klubami, etc. Oczywiście, pewnie nie jest łatwo mieszkać nad dyskoteką. Ale nie mówimy tu o takich przypadkach, tylko o tym, jak przewrażliwione są polskie masy geriatryczne na zwykłą, szczerą radość z życia, na rzeczy, które są normą gdzie indziej.

Wyobrażacie sobie takie protesty w Barcelonie? W Rzymie? W innych centrach, na innych starówkach? Nad rzeką? Ja nie i byłem w wystarczająco wielu miastach na całym świecie, żeby to powiedzieć z pełną odpowiedzialnością.

Zakładam, że są dni, kiedy przez Cud nad Wisłą – i podobne mu kluby w całej Polsce – przewija się po tysiąc i więcej osób na dobę. Tysiąc, kilkaset, czasem pewnie i więcej. Ta masa ludzi więcej dla mnie znaczy, niż jakiś pojedynczy lokator.

Ci ludzie chodzą do tych miejsc i myślą sobie: „wow, ale świetna sprawa, plaża nad Wisłą, muzyka, drinki, super, że mogę spędzić swój czas tutaj, a nie w domu”. Ci ludzie wydają swoje ciężko zarobione pieniądze, nierzadko po kilkaset złotych, wyłącznie dlatego, że jest im dobrze i odpowiada im klimat. Sprawia im przyjemność samo bycie w ciekawie urządzonych miejscach.

Prawdopodobnie dla wielu z nich jest to jeden z niewielu okresów, kiedy zapominają o tym, jak wygląda ten kraj codziennie. Te miejsca dają im więcej komfortu, przyjemności, niż ich państwo.

Dlaczego tak tego bronię? Oddajmy głos ekspertowi. Od 0:54…

 

Adwokat pani Kuryłowicz powiedział w sądzie: „Podkreślam, że mojej klientce nie chodziło o pieniądze. Nie chodziło też o ten klub ani w ogóle o kluby. Chodziło przede wszystkim o pokazanie pewnego problemu, którym jest przekraczanie pewnych norm prawnych”.

Załóżcie w tych miejscach teatry eksperymentalne i poetyckie kluby dyskusyjne. Jedyne normy, które przekroczycie, to dopłaty z państwowej kasy do instytucji, które nie potrafią się same finansować.

Piszę to na wpół ironicznie, ale jednak z powagą. Jaka jest alternatywa dla miejskich przestrzeni imprezowych i klubokawiarni? Tłumy ludzi, pijących alkohol w miejscach publicznych, kropka. Władze miast nie mają tu prostych wyjść z sytuacji, ale przewiduję, że umieją liczyć kasę z podatków.

Chyba, że należą do gatunku zgrzybiałych tetryków i wolą liczyć tę z mandatów.

*na czas remontu bulwarów wiślanych działalność klubu jest zawieszona.

Komentarze


Tagi: ,



Back to Top ↑