Tony LSD, kreski koksu i walka z Babilonem. Dobra lektura na początek tygodnia

Opublikowano Grudzień 30, 2013 | przez Pato

leksykon

Zimni i wyrachowani manipulatorzy czy arystokraci ducha? Przećpane świry czy zmieniający popkulturę nonkonformiści?

Ktoś powie – bełkot, ktoś doda – nikomu niepotrzebne dinozaury. Jeszcze ktoś przypomni rozcinającego pierś Iggy’ego Popa i zapyta „po co?”. I choćby już z tego powodu warto sięgnąć po „Leksykon buntowników”. Nową książkę Maxa Cegielskiego, w której między opowieściami o depresji Curtisa a samobójstwem Cobaina trwa szukanie odpowiedzi na jedno podstawowe pytanie: czym tak naprawdę jest bunt i co tak w ogóle z niego mamy?

Co tu dużo mówić – to trochę inna półka, niż te wszystkie szkolne lata i prymitywne wypracowania z serii motyw buntu w literaturze. Opowieści o Ewie, która zajebała jabłko, albo o Prometeuszu, podpieprzającym ogień. Cegielski opisuje ludzi z krwi i kości. Wybiera najciekawsze życiorysy. Prowadzi nas za rękę od rzygających na widok konsumpcyjnego społeczeństwa bitników, przez seksoholika Gainsbourga, aż do skaczącego z okna Magika.

Hipisi, punki, protesty przeciwko wojnie w Wietnamie… To wszystko czego dotąd mogliśmy słuchać na antenie Radia Roxy, przelano po prostu na papier. Nie ma tu jednej wersji wydarzeń, głupiej biograficznej psychoanalizy. Są fakty i konkretne pytania. Czasem też osobiste dygresje, bo przecież buntowników najlepiej rozumie sam zbuntowany.

Tak już jest. Żyjemy w czasach, w których pęd za kasą każe stawiać na pragmatyzm. Odrzucać tych wszystkich cierpiętników, którzy krzyczą jak im źle, kwestionują świat i robią wszystko po swojemu. A potem żal patrzeć, jak dzisiejsze pokolenie umów śmieciowych nie wie, kim był Frank Zappa albo co stworzył Andy Warhol.

Kulturowe zamknięcie. Mylne wyobrażenia. A przecież warto coś tam o tej pokulturze wiedzieć. Zobaczyć jak konkretne postacie przekładały się społeczeństwa, jak stopniowo przesuwały się bariery obyczajowe, albo że bunt wcale nie oznacza obnażających się na scenie ćpunów, skoro Patti Smith tworzyła absolutnie eksperymentalne formy bez kolorowych papierków z LSD.

W ogóle trzeba od razu powiedzieć, że to nie jest książka o narkotykach. Zgoda – w tytule tego tekstu trochę tego dosypałem, ale tytuły rządzą się własnymi prawami, a książka jest zbyt dobra, żeby sprowadzać ją do pierwszych lepszych substancji. Na kronikę skandali też to nie wygląda, chociaż i te się zdarzają.

Mamy więc ostatecznie kolaż wszystkiego. Idealne czytadło dla zatwardziałych umysłowo i estetycznie (żeby otworzyli trochę oczy), dla zagubionych nastolatków (bunt – wiadomo) albo dla pracowników korporacji, którzy po pracy w miejsce garnituru lubią zarzucić na siebie punkową katanę. Dylan, Hendrix, Morrison, Lennon, Strummer, Waits… Miło było spotkać się z tymi panami przez te kilka godzin lektury.

A najlepsze, że to jeszcze nie koniec. Autor już zapowiedział drugą część.

Komentarze

Dobór postaci
Transgresja
Wulgarność
Zdjęcia

Podsumowanie: Arcyciekawe szukanie odpowiedzi na jedno podstawowe pytanie: czym tak naprawdę jest bunt i co tak w ogóle z niego mamy?

4.5


Ocena użytkowników: 0 (0 głosów)

Tagi: , , , , , , ,



Back to Top ↑