Trening biegowy cię wykończył? Nie łam się, nie jesteś sam!

Opublikowano Kwiecień 9, 2013 | przez Dżordż

 biegacz

Poczułem, że nie zrobię już ani jednego kroku więcej. Że za chwilę się zatrzymam. Wiedziałem, że jak stanę to już koniec – nawet po kilku minutach nie zbiorę się w sobie, żeby pognać dalej. Byłem tego doskonale świadom, ale mimo to przestałem biec. Ciało i – przede wszystkim głowa – mówiły mi bardzo wyraźnie: STOP.

Lead tego tekstu pasowałby na opis powiedzmy trzydziestego siódmego kilometra maratonu. Zmęczony koleś walczy ze sobą na trasie, niestety ostatecznie przegrywa tę bitwę – tego typu wzniosłe sprawy.

Niestety, to o czym wam donoszę nie tyczy się żadnego wyścigu, a zwykłego treningu. Pierwszego treningu biegowego po ośmiu miesiącach przygotowań do triathlonu, który przerwałem. I to nie po dwóch godzinach intensywnego ganiania w śniegu, a zaledwie po – uwaga, uwaga – 39 minutach zajęć przy temperaturze 5 stopni i lekkim, chłodnym wietrze!

Było mi wstyd. Czułem się zażenowany tym, co się stało. Dałem radę przebiec półmaraton w 1:37, wytrzymywałem bardzo forsowne zajęcia w terenie pofałdowanym przy ujemnej temperaturze i mega opadach białego puchu. Bywałem skrajnie zmęczony, psychicznie i fizycznie, ale nigdy na tyle, by zrezygnować z zajęć. Po treningach zdarzało mi się zwymiotować albo prawie popłakać z wysiłku. Różne rzeczy się ze mną działy, ale zawsze PO zajęciach, a nie w trakcie.

Tym razem nie pomógł mi żaden z trików, których używałem wcześniej, by przetrwać trudny jogging.

Wmawianie sobie samemu, że dam radę? Na jedną myśl typu „jestem w stanie to przebiec” przypadały trzy w stylu „Chryste, jeszcze 35 minut do końca, padam, nie mam siły”.

Włączanie ulubionych kawałków? Tego dnia wydawały mi się wyjątkowo kiepskie, po prostu nie dało się ich słuchać.

Telefon do przyjaciela, który biega maratony? Jego słowa trąciły banałem, po kilku minutach rozmowy rozłączyłem się.

Po wszystkim miałem myśli w stylu: chuj ze mnie, a nie sportowiec. Taki Scott Jurek biega ultramaratony w kilkanaście godzin, a ja nie jestem w stanie zmusić się do 75 minut intensywnego wysiłku. Jak mogę zrobić w sierpniu pół ironmana, skoro tak dałem dupy?

Zadręczałbym się tak pewnie ze dwa dni, ale na szczęście zdobyłem się na wykonanie jednego szczerego telefonu – do swojego trenera. Powiedziałem mu co się stało. Choć to złe słowo: ja nie mówiłem tylko syczałem ze wściekłości. Filip, o dziwo, przyjął moje słowa spokojnie, chyba nawet z lekkim rozbawieniem.

– Stary, to jest… zupełnie normalne. Słyszałem tego typu teksty od biegaczy nie raz i nie dwa. Więcej, sam miewałem takie dołki. Szczególnie kiedy wracałem z obozu w ciepłych krajach zimą do Polski i nagle musiałem się przestawić na trening w dużo niższej temperaturze.

Filip dodał, żeby odpuścić kolejny ciężki trening. I zamiast gnać z pulsometrem pod konkretny czas wybrać się na… przyjemną przebieżkę do lasu.

– Po prostu sobie potruchtaj. Przypomnij sobie w trakcie takich zajęć, dlaczego tak bardzo polubiłeś ten sport. Ciesz się nim. Odpoczywaj biegnąc – mówił. Tak właśnie zamierzam zrobić.

Zakładam, że niejeden z czytelników Wyszło zaliczył niedawno podobną akcję. Po kilku miesiącach ganiania w śniegu człowiek jest po prostu psychicznie i fizycznie zmęczony. Głowa i ciało mają swoje granice, które mogą wam, podobnie jak mi, ukazać się w najbardziej dziwacznym, zaskakującym momencie.

Pamiętajcie: taki kryzysik nie powinien być powodem do paniki. Nie tacy sportowcy jak my schodzili z tras, nie tylko treningowych, ale i wielkich, ważnych biegów. I co? I potem wracali na kolejne istotne zawody i wygrywali je.

Dla nas, amatorów, zwycięstwem nie jest oczywiście miejsce na podium, a po prostu ukończenie maratonu, czy też triathlonu. Jestem pewien, że wielu z was tej wiosny i lata osiągnie taki właśnie sukces. Zdobędziecie swój prywatny Mount Everest nawet pomimo tego, że po drodze na szczyt zdarzy wam się kilka potknięć. Albo właśnie dlatego, że do nich dojdzie…

 

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑