Trzydziestolatek wspomina swoją maturę. Sperma, samobójstwo, gotyckie katedry. Działo się

Opublikowano Maj 9, 2013 | przez ZP

matura

Jaki kolor miał rąbek sukienki kobiety, która tańczyła z Cezarym Baryką na balu w Odolanach? – Yyyy… – Nie wiesz? Siadaj, pała.

W liceum chodziłem do klasy humanistyczno-dziennikarskiej. Jako jedna z dwóch osób, która do niej uczęszczała, pracowałem w mediach, dokładnie w radiu i gazecie. I wobec tego… miałem przejebane u swojej wychowaczyni-polonistki. Babka nie trawiła mnie za to, że mając 17 lat załapałem się gdzieś wyżej niż do szkolnego radiowęzła.

Absurd.

W związku z tym gnębiła mnie jak mogła – takich sytuacji, jak ta w leadzie, miałem multum. Czytałem WSZYSTKIE lektury OD DESKI DO DESKI, a i tak miałem u niej jedynkę za jedynką. Jak nauczyciel chce ci dojebać, zawsze to zrobi – taka prawda.

W połowie czwartej klasy LO (tak młodzieży, kiedyś liceum nie trwało trzy lata) miałem… pałę z polskiego na półrocze. Byłem prawdopodobnie jedną z pięciu najlepiej piszących osób w szkole, a groziło mi niedopuszczenie do matury. Paradoks.

Ostatecznie jakimś cudem udało mi się jednak wywalczyć ocenę mierną. Z ową dwóją przystąpiłem do egzaminu czterolecia wiedząc, że nie mam szans na nic więcej niż 2 na maturze. Zarówno ustnej, jak i pisemnej. Tę drugą pominę, była nudna. Natomiast na pierwszej…. auć. Działo się.

Chciałem być przed komisją wyluzowany niczym Boguś Linda przed takową w „Psach”. Jak postanowiłem, tak zrobiłem. Uśmiechnięty, pewny siebie, zacząłem nawijać o twórczości jednego z dowolnie wybranych, XX-wiecznych poetów. Człowiek był wówczas młody, jarał się trochę przewrotnymi postaciami, dlatego opowiadałem o Rafale Wojaczku.

Naprzeciwko mnie prawdziwy dream team: zionącą żądzą mordu wychowawczyni, jej psiapsióła, zakompleksiony wieloryb z trzydziestokilogramową nadwagą oraz matematyczka-dyrektorka, tuż przed emeryturą, mająca wszystko w dupie.

Siedzą, słuchają, zadają pytania. Każą zacytować jakiś wiersz. No to jadę z „Powieszonym”:

Długo uczył się śmierci w niebie mu pisanej
Gwiazdami: wreszcie ujrzał kąpiącą się w niebie.

Umyta jego wzrokiem nieskończonym z piany
Chmur, Jungfrau już go w rękach w Alpy światła niesie.

Lecz tu kobiety jeszcze piją mu z rozporka,
Choć mężowie wzbraniają nie ochrzczonym batem.

Choć rzemień celnie kazał zamknąć usta krocza,
Choć nagie kartki grzbietów już krwią zapisane.

I, ruszając gębami, dzielą się uczciwie
Tym ciałem na talerzu pobożnego głodu.

A on wciąż się uśmiecha jak wtedy, gdy życie
Uduszone uciekło z pętli horyzontu.

Po tej deklamacji stara matematyczka wyraźnie się ożywiła. Nieopatrznie zapytała:

– Co z tymi kobietami, z tym rozporkiem?

– Raczej było ostro, dobrały mu się do majtek, a potem pani wie, była grana sperma.

Cisza.

Ciągle cisza.

Jeszcze więcej ciszy.

Wychowawczyni ma ryj w kolorze sinokoperkowego różu. Przyjaciółka, która siedziała za mną i przygotowywała się do odpowiedzi na swoje pytania, zamarła z długopisem w dłoni bojąc się nim ruszyć choćby o milimetr, praktycznie nie oddychała.

Uśmiechałem się jak kretyn. Pomyślałem, że jeśli coś mnie uratuje, to metoda na suszenie zębów Eddiego Murphy’ego.

– Wojaczek się zabił, prawda? – zebrała się do kupy moja polonistka.

– Tak. Podjął kilka prób samobójczych, w tym jedną skuteczną. Tą ostatnią – pogrubione słowa wypowiedziałem z naciskiem.

Matematyczka zarżała. Przyjaciółka lekko parsknęła. Ja myślałem, czy zdam poprawkę.

Jakimś cudem ta sucz mnie nie oblała. Udało się dostać mierną, choć zasłużyłem na 5. Odpowiedziałem na wszystko, serio.

Tej wiosny czekała mnie jeszcze jedna próba sił: historia. Zawsze bardzo się nią interesowałem, ale tak się złożyło, że przed maturą niczego nie powtarzałem. Powód? Wyszedłem z założenia, że i tak upierdolę język polski, więc nie ma się co wysilać. Lepiej pograć w piłkę z kumplami na dworze niż zapamiętywać daty kolejnych bitew.

Wieczór przed egzaminem. Wspomniana wcześniej przyjaciółka wychodzi ode mnie ze łzami w oczach.

– Nie zdasz, jesteś totalnie nieogarnięty.

Hm, umiałem jakieś piętnaście zagadnień na, jeśli mnie pamięć nie myli, ponad sto.

Losuję zestaw pytań. Patrzę i oczom nie wierzę.

Trafiłem trzy z tych piętnastu.

Pierwszy był, z grubsza, o rozbiorach Polski. Rach-ciach i już, pozamiatałem.

Drugi, zabytki gotyckie w naszym kraju. Nooo, tu doszło do małej zawieszki.

– Katedra w Gnieźnie – mówię.

– Dobrze.

– Katedra we Wrocławiu.

– Tak.

– Katedra w Poznaniu.

– Dokładnie. Hm, a czy opowiesz nam o czymś innym niż katedry?

– U…

– Gdzie jeździłeś na wakacje, jak byłeś mały?

– Do Łeby.

– Nie kurde, matołku, do Malborka. A co tam jest?

– Eeee, zamek?

– No właśnie.

Uff, jakoś poszło.

Nieźle było też z pytaniem numer 3: trafiło mi się coś w stylu stosunki polsko-kozackie przed 1648 rokiem. Nawijam, nawijam, akurat to mniej więcej ogarniałem. Historyczka nagle wyrywa się z letargu i mówi: źle preczytałam pytanie, miało być o stosunkach po tej dacie.

O tym nie wiedziałem akurat NIC.

Na szczęście szybko dodała:

– No, skoro się już walnęłam, niech to będzie na twoją korzyść.

***

Tekst ten dedykuję wszystkim tym, którzy w liceum byli bezpodstawnie gnębieni. Mam nadzieję, że KAŻDY z was da sobie radę z tegoroczną maturą. I że dwanaście lat po tym egzaminie nie będziecie mieć raz na jakiś czas koszmarów z pojebaną nauczycielką w roli głównej, co mi się niestety zdarza.

foto:www.memy.pl

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑