Twitter? Dziękuję, postoję

Opublikowano Wrzesień 20, 2013 | przez ZP

twitter-joke

Oglądając mecz Polaków z Czarnogórcami z perspektywy trybun zauważyłem, że znajomi dziennikarze sportowi prawie nie rozmawiają. Zdziwiło mnie to strasznie, jestem przyzwyczajony do tego, że zawsze szydzą z różnych zawodników, a tu nic, cisza. Zamiast sarkazmu w ilościach hurtowych, głowy schowane w laptopach, a paluszki pracują pełną parą.

Co się, u licha, stało? Spytałem kolegę, czy zapieprza tak ostro, ponieważ redaktorzy naczelni zaostrzyli terminy deadline’ów? Nie – odpowiedział nie odrywając wzroku od kompa – ja tweetuję.

Hm, nasłuchałem się wcześniej o TT naprawdę dużo, ale, wierzcie lub nie, w życiu nie odwiedziłem tej strony. Po spotkaniu na Stadionie Narodowym postanowiłem to zmienić.

– W końcu jeśli jest tak ciekawa, że kolesie siedzący obok siebie zamiast plotkować wolą ze sobą…tweetować, to musi to być coś poważnego – myślałem.

Założyłem konto i spodziewałem się prawdziwego pierdolnięcia. Iluminacji. Wulkanu błyskotliwości. Zatrzęsienia ciekawych linków. Spodziewałem się życiowej rewolucji.

Po 13 dniach od założenia konta muszę wam coś zdradzić: TT nie zmienił mojego żywotu na lepsze. Stał się dla mnie kolejnym miejscem, w którym zalewa mnie setka nudnawych informacji na godzinę i, niestety, niczym więcej.

Zdecydowana większość tweetów obserwowanych przeze mnie ludzi to: przekopiowane z dużych portali newsy, które widziałem nim odpaliłem ćwierkającą stronę, oraz silące się na sarkazm mało inspirujące komentarze. Owszem, czasem zdarza, że jakiś zdolny dziennikarz (albo Zbigniew Boniek, szacun!)  potrafi spłodzić perełkę intelektualną na 140 znaków, innym razem ktoś walnie krótkiego, treściwego newsa, ale są to wyjątki. Co najwyżej kilka procent tweetów jest fajna, problem w tym, że aby je wychwycić, trzeba przeczytać na głównej stronie kilkadziesiąt nudnych-banalnych, płodzonych w pocie czoła przez autorów, dla których to, co napiszą w kolejnym tweecie, staje się największym problemem dnia.

Szczerze to już nie chcę mi się dokonywać tej selekcji.

W tym miejscu dodam, że funkcję komunikatora ze znajomymi z pracy/uczelni itd. od zawsze pełni u mnie Facebook, ewidentnie czuję, że nie potrzebuję jego kopii. Szczególnie, że w tym przypadku mam wrażenie, że nie oferuje ona nic więcej niż oryginał. Może gdybym jako pierwszy portal społecznościowy odkrył TT, miałbym kiepskie zdanie o fejsie, a nie na odwrót, ale cóż,  przeszłości już nie zmienię.

Oczywiście nie zamierzam tutaj kompletnie dyskredytować Twittera. Rozumiem, że ktoś, kto jest miłośnikiem XXI-wiecznych bajerów mógł się w nim kompletnie zatracić, ale mi to nie grozi. Zamiast ćwierkać, wolę czytać. Nie mini-blogi, a książki. Mam dziwne przekonanie, graniczące z pewnością, że z kilkudziesięciu stron dobrej literatury dziennie dowiem się o o życiu dużo więcej niż z dobowej dawki tweetów.

Komentarze


Tagi: , , , , , ,



Back to Top ↑