Ultramaraton przez Saharę, czyli najtrudniejszy wyścig świata

Opublikowano Marzec 2, 2015 | przez lucky bastard

główna

Uważasz, że jesteś mocny w biegach? Forma dopisuje, szukasz nowych wyzwań? No to posłuchaj o biegu, który zwali cię z nóg. Biegu obnażającym interesujący element ludzkiej psychiki, bo choć to ekstremalnie wycieńczające zawody, najtrudniejsze tego typu na świecie, w dodatku na które trzeba wydać małą fortunę, to chętnych jest tak wielu, że trzeba się rejestrować z… dwuletnim wyprzedzeniem. Kosmos.

No dobrze, ale o czym konkretnie mowa? O „Marathon des Sables” odbywającym się… na Saharze. Trwa on sześć dni, a więc pewnie myślicie – no tak, podzielenie maratońskiej długości na sześć dób ma sens w tak trudnych warunkach. To logiczne, na raz trudno byłoby ją przebyć. Otóż to całkiem rozsądne podejście, ale „Maraton piasków” nie jest przeznaczony dla osób rozsądnych, tylko dla największych czubów wśród biegaczy: ma ćwierć tysiąca kilometrów długości, a uczestnicy dzień po dniu przebiegają maratońską długość. Zresztą, czasem muszą mierzyć się z nawet większym dystansem, na przykład jeden z etapów w 2009 wymagał pokonania 90 kilometrów w dzień. Jesteś tylko ty, kompani łamane na rywale i twój wierny, kosztujący krocie sprzęt.

obozowisko

Oczywiście: wszystko jest organizowane na wysokim poziomie, za biegaczami podróżuje lotne obozowisko, gdzie po ciężkim wysiłku i ukończonym etapie można się schronić i odpocząć. Ale jasne jest też, że Sahara to nie Ostrołęka, idzie się tu zgubić i w przeszłości dochodziło do tragedii. Najsłynniejsza sprawa dotyczyła Włocha Mauro Prosperiego, który szóstego dnia, na 233 kilometrze, wskutek burzy piaskowej pomylił drogę i zaczął biec w złą stronę. Pokonał spory dystans „na dziko”, wybiegł nawet… z Maroko, gdzie tradycyjnie organizowany jest bieg. Oczywiście skończyła mu się woda i jedzenie. Pił własny mocz, żeby przeżyć, w jednej z jaskiń znalazł nietoperze, które zabił i pił ich krew. Pomyślcie co musiał czuć, gdy widział poszukujący go helikopter, a jednocześnie gdy stamtąd go nie zobaczyli.

Tak, Prosperi wówczas się poddał. Miał najczarniejszą z najczarniejszych godzin i spróbował samobójstwa, wybierając szybką śmierć zamiast wielodniowego konania. Nawet to jednak nie było już możliwe, bo wskutek odwodnienia jego krew stała się zbyt gęsta, by mógł się wykrwawić. Wziął się więc w garść, przestał liczyć na ekipę poszukiwawczą, uznał, że jest zdany tylko na siebie. Szedł dalej, jedząc gady, insekty. Po dziewięciu dodatkowych dniach na pustyni, trafił na ludzkie domostwa i uratował się. Schudł w międzyczasie 18 kilogramów, a znajdował się 300 km od trasy.

prosperi

Po latach powrócił na Saharę i ukończył ultramaraton, bo właśnie dla takich ludzi to impreza. Tych niezłomnych, tych niemalże obsesyjnie chcących badać granice swoich możliwości. Skłonnych do poświęceń, jeśli nagrodą są ekstremalne przeżycia i przygody. Największym z możliwych trofeów jest dla nich satysfakcja nie z tego, co się posiada, ale co się uczyniło.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑