Ustka pod koniec sezonu – subiektywny tekst znad morza

Opublikowano Sierpień 19, 2013 | przez Dżordż

ustkaaaa

Dzieci do lat 3 mają na nasz statek wstęp za darmo. I tak podczas rejsu wyrzucimy je do morza.

Pasażerowie „Dragona” (na zdjęciu) chichoczą słysząc ten żart wodzireja. Już za chwilę kilkadziesiąt osób ruszy w Bałtyk, aby zobaczyć jak to jest na otwartym morzu. Nie wchodzę na pokład, bo w Ustce dużo ciekawiej jest na lądzie. Dlaczego? Bo nie brakuje tu naprawdę oryginalnych (interesujących?) ludzi.

Najzabawniejsze są tzw. pary pakersko-lachonowe. On obowiązkowo przemieszcza się po centrum bez koszulki. W sumie to go rozumiem – gdybym przez rok zapierdalał w siłowni jak dziki też chciałbym pochwalić się tą muskulaturą przed światem przez kilka dni. Nie czaję natomiast dlaczego także ona chodzi po mieście z odsłoniętym brzuchem (w pępku którego umieszczony jest de facto kolczyk, niby to diament, a tak naprawdę jakieś gówniane szkiełko) . Nie rozumiem tego, ponieważ jej budowa daleka jest od umięśnionej sylwetki lovera. Na bełcunie niewiasty znać miłość do gofrów i piw wszelakich, doprawdy nie łapię, dlaczego pakerzy wiążą się z takimi galaretkami.

Interesujące są duety robotnicze. To zmęczeni życiem ludzie, często ze Śląska, którzy tyrają na maksa 350 dni w roku po to, żeby przez te dwa tygodnie zaznać trochę słońca. Mimo że są na bakier z kulturą fizyczną, a ich stroje pasują do mody z lat 80., i to w Kazachstanie, a nie w Polsce, nie zamierzam się z nich wyśmiewać. Doceniam ciężką robotę, więc domyślam się, ile dla nich znaczy ta cała Ustka.

A propos pracy – warto tu napisać kilka zdań o ludziach zatrudnionych nad morzem sezonowo. Najbardziej podziwiam tych, którzy zachrzaniają po centrum z kwiatami. Podchodzą do każdej napotkanej pary, silą się na uśmiech i uprzejmość, i rzucają pytanie w stylu: może róże dla pięknej pani? 299 osób na 300 mówi im nie, tak słabej skuteczności to nie miał nawet  Franck Ribery w dyskotece.

Naprawdę trzeba mieć w sobie Mount Everest cierpliwości, żeby wytrzymać ganianie z tymi badylami dłużej niż dzień, o całych wakacjach nie wspominając. Szacun. Respekt należy się tez dziewczynom z restauracji. Odwiedziłem w Ustce kilka i w każdej laski były uśmiechnięte, miłe, rozmowne, a do tego poruszały z piwkiem i daniami naprawdę szybko. Przez te 10-12 h dyżuru spokojnie robiły dystans pół-maratonu, mimo zmęczenia cały czas trzymały fason, brawo.

Klasę zachowują też niewiasty sprzedające badziewiaste pamiątki znad morza. Takowe przeważnie kupują baby o mentalności wiejskich przekup, które targują się o każdą złotówkę, wybrzydzając przy tym bardziej niż sprzedawca na targu w Maroku. Cmokają, kwiczą, prychają, brakuje jeszcze, żeby z niezadowolenia zaczęły pierdzieć. Generalnie prezentują się słabo, a mimo to nie widziałem, żeby któraś z dzielnych kiczo-ekspedientek nie wytrzymała psychicznie i np. rozbiła na głowie klientki wieśniacki zegar z napisem Ustka. Pełna profeska.

Nad morzem najbardziej irytują piękni-dwudziestoletni, którzy przyjeżdżają w kilku-kilkunastoosobowych grupach. Nie chodzi mi tu o ich strój czy polszczyznę słabszą nawet od tej, którą prezentuje na co dzień Czesław Mozil, a o co innego: skurwysyny są głośniejsi niż Rolling Stonesi podczas koncertów.

Sprawa ma się tak: mieszkam w pensjonacie, którego okna wychodzą na deptak, budynek jest usytuowany w linii prostej jakieś 20 m od plaży. Wczoraj zasypiam sobie spokojnie, ukojony szumem morza i nagle jebut: słyszę śpiewy i krzyki na całego.

Oto pod chałupą zasiadła mi grupa dorastających dresiarzy, która postanowiła zabawić się w trzygodzinną wersję programu „Jaka to melodia”. Zamknięcie okna nic nie dało, a że nie miałem na stanie stoperów do uszu to konkretnie rozważałem wyjście do tej rozśpiewanej młodzieży z jakim nożem i przetłumaczenie im klasyczną, podwórkową łaciną, żeby prezentowali swe wokalne talenty gdzie indziej, najlepiej na drugim końcu Ustki.

Moje spektakularne wyjście nie doszło jednak do skutku albowiem inny sąsiad, którego chyba także ci uliczni śpiewacy nie powalili na kolana, podbiegł do nich na pełnej kurwie z pokaźnej wielkości psem. Dzieciaki wystraszyły się bydlęcia i odeszły w siną dal, ale uczyniły to w dosyć błyskotliwy sposób: nucąc w pijackim szale piosenkę, której refren brzmiał „łapy, łapy, cztery łapy, a na łapach pies kudłaty”.

foto: www.baltykinfo.pl

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑