Utył, spuchł, posiwiał. Mimo to uwielbiają go tysiące Polaków. Poznajcie Mistrza

Opublikowano Kwiecień 15, 2013 | przez ZP

Dwanacie

To nie jest zwyczajny facet. Nie posiada dowodu osobistego, telefonu, brzydzi się gadżetami i ludźmi pijającymi drinki. No i ma w sobie takiego lenia, że nawet nie chce mu się wymyślić nazwy dla psa. Dlatego nazywa go po prostu „Suką”.

Od czasów swojej świetności „utył, spuchł i posiwiał”. Ale poza fizjonomią niewiele się u niego zmieniło. Ciągle nie lubi się przepracowywać, za dużo gadać ani przesadnie dbać o swoją garderobę.

Nadal kocha Kraków. Mimo że to nie jest już to samo miasto, co dawniej. A wszystko przez tych cholernych turystów – Angoli, warszawiaków i innych wielkomieszczan, którzy zaburzają rytm życia na Rynku Głównym. Którzy nie potrafią się nawet poważnie napić – mieszają wódę z Red Bullem albo – o zgrozo – piwo ze spritem.

Mistrz ich nie rozumie. Mistrz ich nie poważa. Mistrz najchętniej wcisnąłby guzik, który teleportowałby to całe towarzystwo na inną planetę. Albo przynajmniej poza Małopolskę.

Mistrz to bohater trylogii Marcina Świetlickiego – „Jedenaście”, „Dwanaście” i, tu nie będzie niespodziewanego zwrotu akcji, „Trzynaście”.

Gdybyście nie wiedzieli: Świetlicki parał się w życiu różnymi rzeczami. Wymieniam te najważniejsze:

Pisanie wierszy – nie jestem zwolennikiem takowych, nie znam się na nich, dlatego nie podejmę się oceny jego umiejętności na tym polu.

Śpiewanie w zespole Świetliki – nie mój klimat, wokal jakiś taki szeptano-mówiony, nie jara mnie to w ogóle.

Tworzenie prozy – wychodzi mu to genialnie. Dla mnie obok Janusza Głowackiego to najlepszy żyjący polski pisarz.

Cykl o Mistrzu to jeden wielki pastisz kryminałów. I jak to w takowych bywa najważniejsze w nim wcale nie jest pytanie kto zabił. Świetlicki tak kapitalnie bawi się słowem, że czytelnik zupełnie nie myśli o rozwiązaniu zagadki, zamiast tego delektuje się poszczególnymi zdaniami-perełkami, jakich nie sposób znaleźć u współczesnych, młodych pisarzy. Pokolenie dzisiejszych trzydziestolatków nie operuje językiem polskim na takim poziomie. Nie potrafi na dwóch stronach rozśmieszyć odbiorcy do łez dwa-trzy, a czasem to i nawet pięć razy. Nie, nie i jeszcze długo nie.

Kiedyś siedziałem z jedną z tych książek w restauracji „Street” w Arkadii. Nie zważając na otoczenie wyłem ze śmiechu. Dokładnie tak: wyłem. Nie chichotałem, jak Anastasia Steele z „50 twarzy Greya”, nie śmiałem się po amerykańsku, w stylu Eddiego Murphy’ego, odsłaniając całe uzębienie. Był to śmiech szczery, prosty, niekontrolowany, głośny i – jak się potem okazało – zaraźliwy. Dziewczyna ze stolika obok najpierw dostała głupawki i też zaczęła się brechtać, a potem z zaciekawieniem wypytywała mnie o książkę przy której bawię się tak znakomicie.

Skrupulatnie zanotowała jej tytuł i autora w swoim iPhonie.

Mistrz nigdy w życiu nie użyłby telefonu firmy Apple. Z prostego powodu: Mistrz zapewne nie miałby zielonego pojęcia co to Apple. Owszem, gdyby ta firma produkowała jakąś zacną wódeczkę to tak, kojarzyłby. Ale w obecnej sytuacji? Nie ma szans.

Nie wiem skąd u Świetlickiego wzięły się tak wspaniałe umiejętności pisania. Czy facet się z tym po prostu urodził, czy widział i wypił w życiu tyle, że po prostu łatwiej wymyślać mu niecodziennie historie i postaci, czy też może był kiedyś w Puszczy Amazońskiej i tamtejsi indianie opchnęli mu jakiś stuff po którym człowiek odlatuje = wymyśla zdania nie z tej ziemi. W sumie to nieistotne. Najważniejsze, że ten koleś jest genialny. Podoba mi się również to, że jest świadomy swojej wartości:

„Chciałem pogratulować Kapitule. I mojemu wydawnictwu, że sobie takiego fajnego autora znalazło”

To słowa Świetlickiego wypowiedziane po tym, jak odebrał nagrodę za „Jedenaście”. Kiedyś czytałem też wywiad z nim, w którym pierdolnął prosto z mostu zdanie w stylu: tak, jestem mistrzem słowa.

Jesteś gościu, zdecydowanie.

A jeśli w końcu nie zdecydujesz się napisać kolejnej części przygód Mistrza – czekam już pięć lat, ile kurwa można?! – pojadę do Krakowa i skopię Ci dupę. Zrobię to pijąc jednocześnie wódkę. Z Red Bullem.

 

 

 

foto: www.wyborcza.pl

Komentarze

Pijaństwo Mistrza
Mistrz a moda
Zdolność Mistrza do pakowania się w kłopoty
Mistrz kontra Tomasz Zimoch

Podsumowanie: Najlepszy cykl w polskiej literaturze w XXI wieku. A kto wie, może w ogóle w całej naszej literaturze współczesnej?

3


Ocena użytkowników: 4.6 (2 głosów)

Tagi: , ,



Back to Top ↑