W dwie godziny do nieba i (niestety) z powrotem – Grand Budapest Hotel

Opublikowano Maj 13, 2014 | przez Gofrey

grand-budapest-hotel

Rzadko chodzę do kina, telewizję też oglądam niezbyt często, nie mam w domu DVD, a jeśli już zdarza mi się przeleżeć cały dzień przed ekranem, preferuję konsole, albo gry komputerowe. Ten wstęp jestem winny każdemu czytelnikowi, który oczekuje recenzji pełnych odniesień do innych dzieł filmowych, spojrzenia fachowego krytyka, który nie opuszcza premier i jest w stanie bez większego wysiłku trafnie wytypować listę nominowanych do Oscara. Ja nie wymieniłbym nawet zwycięzców poszczególnych kategorii.

Teraz – kiedy już wiecie, że jestem absolutnym filmowym ignorantem – możecie przystąpić do zapoznania się z moim mądrzeniem w temacie kinematografii. Otóż przełamałem się i po raz pierwszy od… bodaj „Czarnego czwartku” wybrałem się do kina. Już sam wybór dzieła był dość ciężki – nie jestem pewny, ale stawiam dolary przeciw orzechom, że trafnie wytypowałbym fabułę i zakończenia 75% filmów granych aktualnie w łódzkiej Manufakturze po samych plakatach i tekstach promocyjnych.

Padło na „Grand Budapest Hotel”.

Gdybym był znawcą, pewnie powiedziałbym że nieszablonowe produkcje Wesa Andersona to absolutne „must-watch” dla każdego widza stawiającego świeżość i polot ponad efekty specjalne czy spektakularne zdjęcia (tyle wyczytałem z fachowych recenzji). Jako że – jak już wspomniałem – znawcą w żadnym wypadku nie jestem, mogę przyznać się bez bicia – skusiły mnie obrazki urokliwego tytułowego hotelu zrobionego w stylu kiczowato-monumentalnym oraz zdjęcia, które sugerowały, że „Grand Budapest Hotel” to jakaś szalona, bajkowa i niesamowicie kolorowa historia obsługi fikcyjnej, luksusowej noclegowni.

Potem zorientowałem się, że ktoś upchnął na ekranie:

– klimat lat międzywojennych – historię o przyjaźni, honorze i profesjonalizmie – rozgadanego, szarmanckiego oraz elokwentnego, choć również cwaniackiego głównego bohatera,

…a wszystko to umieścił w fikcyjnym słowiańskim państwie, z wyraźnym zakreśleniem już na początku filmu, że kilka dekad później owe państwo stanie się siermiężnym socrealistycznym blokowiskiem.

Moja Łódź, jak się patrzy! Barokowe wnętrza i świecidełka w czasach honorowych ludzi, które pół wieku komunizmu zamieniło w karykaturalne wspomnienie dawnej potęgi. Jasne, jestem na tyle związany ze swoim miastem, że znalazłbym do niego analogię nawet w kubistycznych kwadratach i trójkątach, albo poplutych obrazach Pollocka. Tutaj jednak to było coś… szczególnego. Jakby tylko ktoś, kto widział na żywo rozpadające się gigantyczne fabryki i pokryte stertami śmieci, kunsztowne posadzki pałaców fabrykanckich mógł docenić obraz namalowany przez Wesa Andersona. To jednak dopiero początek, bo hotel – choć tytułowy – nie gra wcale głównej roli.

Najważniejsi są ludzie, a ci również momentalnie budzą całe sterty skojarzeń. Honorowi. Dumni. Kierujący się ściśle określonymi zasadami, zachowujący pełny profesjonalizm, elokwentni i szlachetni, nawet gdy to zwykli cukiernicy, boye hotelowi czy prawnicy. Ludziom, którzy wyglądają bajkowo i są bajkowo ucharakteryzowani (czasem nawet ciężko rozpoznać twarze tak znanych aktorów jak Jude Law, Harvey Keitel, Tilda Swinton czy Jeff Goldblum, którzy zresztą zagrali role epizodyczne) tej „bajkowości” nadają tak naprawdę ich charaktery, tak nieprzystające do wymagań i standardów dzisiejszego świata.

O tym zresztą jest ten film. Choć pozornie to prosta historia, z prostymi, dość czarno-białymi charakterami i bez większych zwrotów akcji, choć według części krytyków to właściwie ciąg zabawnych scen, gdzie forma wychodzi ponad treść,wszystko złożone w całość tworzy obraz czasów minionych, gdy budynki z duszą tętniły życiem, ludzie żyli wolniej i pełniej, a nawet wśród największych parszywców dało się znaleźć estetę i człowieka z ogładą. Wielka symbolika dwóch scen zatrzymanego pociągu, puenta Moustafy opisującego swojego mentora i przyjaciela, wreszcie obraz zmian samego Grand Budapest Hotelu – wszystko na ekranie to jedna wielka sentymentalna podróż do dawnych, lepszych czasów. Do dawnych, lepszych ludzi.

Zakończona bolesnym powrotem do smutnej rzeczywistości. Tej socrealizmu lat osiemdziesiątych, gdzie zaczyna i kończy się film, ale i tej znacznie gorszej. Po opuszczeniu kinowej sali.

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑