W grudniu wigiling usuwa w cień clubbing

Opublikowano Grudzień 24, 2014 | przez ZP

Christmas-Jumper-Night-Pic

W grudniu większość z nas porzuca clubbing na rzecz wigilingu. Darmowy alkohol, darmowe potrawy, miłe – przeważnie – towarzystwo. To wszystko sprawia, że Polacy coraz chętniej ulegają tej stosunkowo młodej modzie.

Kiedy 24 grudnia zasiadamy z rodziną przy świątecznych stołach, mamy już za sobą kilka Wigilii, głównie tych służbowych i z najbliższymi znajomymi. Ja zaliczyłem w tym roku dokładnie cztery: dwie firmowe i dwie prywatne.

Pierwsza odbyła się w eleganckiej restauracji, o której istnieniu w Warszawie nie miałem pojęcia. To o tyle dziwne, że bywam w stołecznych knajpach przynajmniej dwa razy w tygodniu, byłem więc przekonany, że znam już wszystkie godne uwagi. Okazało się, że jednak nie! OK, ale przejdźmy do sedna: otóż na Wigilii numer 1 powalił mnie na kolana… sernik.

Generalnie nie znoszę tego ciasta. Obojętnie czy robi je ukochana babcia, czy też kupuje w dobrej cukierni najlepsza przyjaciółka, efekt jest zawsze ten sam – próbuję tylko kęsa po czym ze skwaszoną miną odkładam talerzyk. Na Wigilii nr 1 doszło jednak do świątecznego cudu. Oto spróbowałem sernika, który powalił mnie na kolana. Sprawił, że zachowywałem się, jakbym wypił ze dwa wina – straciłem wszelką kontrolę nad sobą. Jadłem go łapczywie, szybko, prosząc – co ja mówię, błagając! – kelnerkę o dokładkę.

Dodam jeszcze, że na tym spotkaniu było kulturalnie i choć ludzie pili, to żaden pracownik (ani szef) nie skończył pod stołem.

Ofiar nie stwierdzono też na firmowej Wigilii nr 2. Jej największym atutem był wystrój lokalu, w którym się znaleźliśmy – czułem się jakby jakaś magiczna moc przeniosła mnie do roku 1985. Napisać, że pachniało tam PRL-em to nic nie napisać! Czułem się jakbym był gościem, który – przy serwowanych tam śledzikach i wódeczce – będzie zaraz dobijał interesu życia z jakimś cwaniaczkiem spod ciemnej gwiazdy.

Wigilia nr 3 to już spotkanie prywatne. O tyle fajne, że jedna z koleżanek raczyła przynieść nalewkę, którą produkuje jej ojciec. Jeden kieliszek i już wiedziałem – facet jest Usainem Boltem alkoholowej produkcji = w swojej specjalności nie ma sobie równych. Alkohol był delikatny, a jednocześnie intensywnie rozchodził się po przełyku sprawiając, że człowiek uśmiechał się pod nosem jak ostatni debil.

Owszem, spożyłem kilka (naście) kieliszków tych delicji, ale mimo to nie skończyłem imprezy w dramatycznym stanie. Inaczej niż kilkoro znajomych, którzy koło 3 nad ranem urządzili karaoke (a właściwie to bełkotłoke). W jego efekcie – a jakże by inaczej! – do drzwi zapukała policja. Niestety, żaden z imprezowiczów, którzy pozostali jeszcze w mieszkaniu (mnie już nie było), nie dał rady rozmawiać ze smerfami. Dykcja już nie ta, co poradzić.

Ciekawe, że panowie wykazali się dużą wyrozumiałością. Mianowicie… machnęli ręką i poszli w pizdu zapowiadając ewentualny mandat dopiero wtedy, gdy sytuacja zmusi ich do powrotu na kwadrat. Nic takiego nie miało jednak miejsca, albowiem najwytrwalsi z biesiadników padli na pysk niedługą chwilę po opisanej interwencji.

Podczas Wiglii nr 4 dwóch kolegów było już dętkami o 23, chwilę po tym jak – jeszcze zupełnie trzeźwy – pojawiłem się w mieszkaniu kumpeli. Specjalnie się tym nie przejąłem – bardziej niż rozmowy ze znajomymi potrzebowałem bowiem jedzenia. A tam, owszem, było co wpierdzielać. Głównie śledzie, zrobione na jakieś pięćdziesiąt sposobów. Zaszyłem się więc w ciemnym kącie pokoju i po prostu jadłem, od czasu do czasu sącząc jakiś kieliszek wódki, co by poczuć się odpowiednio naoliwionym.

Czynności te pochłonęły mnie do tego stopnia, że nawet nie zwróciłem uwagi jak jedna podchmielona parka niemalże zaczęła się chędożyć na parkiecie, a druga poszła na balkon jarać jointy. Dodam, że specjalnie mnie to nie zdziwiło: z doświadczenia wiem, że seks i trawka są podczas wigilingu sprawą równie powszechną, co świąteczna ryba i barszcz z uszkami. I bardzo dobrze, w końcu te imprezy są po to, żeby korzystać z życia. I żeby 24.12 być już tak wymęczonym baletami, że przed babciami i dziadkami człowiek (znowu) zrobi wrażenie spokojnego i powściągliwego, idealnego wnusia.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑