W kafejkach internetowych cięło się w gry jakby świat nie istniał

Opublikowano Czerwiec 16, 2014 | przez MB

kafejka2

Nie na chipsy z Pokemonami, nie na gumy Turbo, ani nawet nie na „Bravo Sport” największą część kieszonkowego wydawały dzieciaki w latach 90.  W tamtych czasach hajs tracono głównie na przesiadywanie w kafejkach internetowych. Tam odbywało się równoległe życie.

 Oczywiście kafejki istnieją do dziś, ale spełniają już zupełnie inną funkcję. Są po to, by załatwić coś raz-dwa, na przykład wysłać maila. Teraz mało kto nie ma w domu własnego kompa, tableta albo smartfona. To tylko kwestia czasu, gdy kafejki komputerowe odejdą do lamusa. Jednak w czasach, kiedy przemysł informatyczny w Polsce dopiero raczkował, starą Amigę miał co siódmy kolega w klasie, a dobry PC na chacie był taką samą rzadkością jak rudy Murzyn, koleś z sianem, które wydał na kilkanaście komputerów, umieścił je w jednym miejscu i pobierał opłaty za korzystanie z nich, był bogiem.

Prawdopodobnie żył jak król, opływał w luksusy i wciągał fetę z pleców ekskluzywnych prostytutek. Hajs, jakim dziennie obracała kafejka w małym mieście, starczyłby na pomoc wszystkim krajom Trzeciego Świata.

Kafejka internetowa to był drugi dom. Niekiedy dom zastępowała. Była też drugą szkołą. A najczęściej ją zastępowała.

Cięło się w „Quake’a”, „Unreal Tournament”, pierwszą i drugą część „GTA”, w „StarCrafta”, „Age of Empires”, „Half Life’a” i „Counter Strike’a”, „Fifę 98”, „Fifę 99”. Robiło własne save’y, a kultura była taka, że żaden drań ci go nie wykasował. Każdy czekał na swoją kolej, przyglądał się lepszym graczom, zawierał nowe znajomości, rozmawiał, popijał, tak się spędzało wolny czas. Trochę geekowsko, to prawda, ale jak pierwszy raz zjedliśmy Milky Way Magic Stars to też wpieprzaliśmy je do porzygu.

Chodzi o to, że ta rzeczywistość była wcześniej niedostępna. Na oczach bywalców kafejek odbywała się prawdziwa rewolucja i otwierała się całkowicie nowa przestrzeń, przestrzeń gier komputerowych, do których ze względu na te czasy mamy taki sam sentyment jak do kart telefonicznych i Nokii 3310.

Dlatego tak chętnie się tam przebywało. Chodziło się w pojedynkę lub grupami ustawiało na multiplayera. Być może przez ten element socjalny coś takiego jak poczucie bycia dziwakiem nie istniało. Rozrywka o bardzo indywidualnym charakterze dzięki popularnym kafejkom paradoksalnie zacieśniała więzy między domorosłymi zwolennikami beztroskiej nawalanki i wirtualnej kopaniny.

No i mocno dawała po kieszeniach. Głównie rodzicom. Najpierw chodziło się na godzinkę. Dwa, trzy razy w tygodniu. Bakcyla łapało się jednak bardzo szybko i przedłużało o kolejne godzinki i bywało cztery, potem pięć, sześć razy w tygodniu. Obłęd. Sześćdziesiąt minut takiej przyjemność to mniej więcej pięć, sześć złotych. Wychodziła więc całkiem spora suma, a kieszonkowe dostawało się tylko raz w miesiącu. Ale z kafejkowcem było jak z palaczem – nie przetłumaczysz, że za takie pieniądze może kupić sobie samochód, dom, żyrafę.

Szczególnie, że wtedy modny był IRC, czyli jeden z pierwszych komunikatorów internetowych. Te kolorowe literki i czarny background to był szał. Może nawet większy niż Facebook, bo nie tak powszechny.

W szkole były matma, polak, środowisko i religia, w domu mielony, odrabianie lekcji, wieczorynka i spanie, w kafejce – zupełnie inny świat.

Komentarze


Tagi: , , , , , , , , , ,



Back to Top ↑