W komunikacji miejskiej także panuje savoir-vivre. Bądź uprzejmy, chamie!

Opublikowano Wrzesień 17, 2013 | przez MB

metro

Ze smutkiem zauważam, że lwia część społeczeństwa nie zdaje sobie sprawy z faktu, iż w środkach komunikacji miejskiej także panuje pewna etykieta zachowania. A skoro nie ma o niej zielonego pojęcia, to jej nie przestrzega i zatruwa ludziom życie.

Największym i niewybaczalnym grzechem popełnianym przez współpasażerów są rozmowy telefoniczne. Przeciętna podróż tramwajem w dużym mieście trwa od piętnastu do dwudziestu minut. Jestem pewien, że w tym czasie można powstrzymać się od kłótni z teściową, relacjonowania mamie porannego posiłku albo składania próśb o podżyrowanie kredytu.

Ósma rano, wsiadasz w tramwaj, niewyspany, wkurwiony na robotę, której nienawidzisz. Leje sążnisty deszcz, włosy ci się jak zwykle nie ułożyły, marzysz o porannej kawie. Dla relaksu czytasz książkę, nie żeby jakaś wielką literaturę, wchodzi lekko, ale potrzebujesz skupienia. Słyszysz irytująco głośny dzwonek telefonu (najczęściej bieżący hit pop, który przyprawia cię o spazmy). Miejsce za tobą ujada baba. Robi to chamsko i bezceremonialnie. Marudzi, ględzi, buczy jak stary odkurzacz. O żylakach, receptach, wrzodach żołądka albo relacjach międzyludzkich w „Na wspólnej” (to jeszcze w ogóle leci?).

I jak tu dobrze rozpocząć dzień? No nie da się.

Po pierwsze gówno mnie obchodzą problemy zdrowotne rzeczonej baby, a po drugie taka ilość decybeli wylatujących z czyjegoś otworu gębowego zupełnie na darmo, w znacznym stopniu narusza moją przestrzeń komfortu.

To samo dotyczy rozmów między pasażerami. Opowiadanie zabawnych anegdot albo błyskotliwych dowcipów zazwyczaj kończy się opanowującą całą przestrzeń pojazdu salwą śmiechu. Pal licho, jeżeli osobnik posiada śmiech łagodny, przyjemny. Zdarzają się jednak śmiechy typu „na pierwszy rzut oka głąb”, które straszą okoliczną ludność i nie pozwalają na pozostanie w podróżniczej zadumie. Najchętniej zwróciłoby się takiemu uwagę, ale zazwyczaj okazuje się, że ten śmiech to nie tylko gra pozorów. Z troski o własne uzębienie siedzimy cicho.

Zdarzają się też gaduły, które mówią same do siebie. Przeważnie jednak są to osoby chore psychicznie, które człowiek choć trochę rozgarnięty odróżnia od przeciętnego palanta i zostawia w spokoju.

Warto jednak czasem znacząco chrząknąć w towarzystwie obleśnie obmacującej się pary. Niezależnie od płci uczestników. Nie posądzajcie autora o homofobię. Skądże znowu. Tak samo jak para liżących się pedałów, mierzi i odrzuca mnie para kochanków heteroseksualnych, która swoje pożądanie powinna zostawić w sypialni. Albo w kuchni. Albo w łazience. Albo w przebieralni.

Korzystając z komunikacji miejskiej mało kto pamięta też o jednej ważnej zasadzie, którą mam nadzieję wbić do głowy wszystkim opornym, ograniczonym albo po prostu schamiałym.

Uwaga, pierwszeństwo mają wysiadający.

Ludzie na przystanku cierpliwie czekają i nie wbijają się na chama z tobołami, kiedy ktoś jeszcze jest na schodach. Najpierw kobiety, dzieci, osoby starsze i niepełnosprawne.

W tej uprzejmości często jednak można się zagubić i popełnić gafę. Tego typu rzeczy dotyczą najczęściej mężczyzn, którzy za wszelką cenę starają się wyjść na klasycznych dżentelmenów w obliczu podróżujących dam. Zgodnie z zasadą „panie przodem”, pozwalają kobietom wysiąść w pierwszej kolejności. I co? I gówno, bo to mężczyzna jako pierwszy opuszcza autobus, odwraca się, podaje kobiecie rękę i pomaga zejść (nie wszystkie tramwaje są niskopodłogowe). Przyjmijmy jednak, że wynika to ze zwykłej nadgorliwości.

Z kolei wpierdalanie na potęgę kebabów, hamburgerów, pit i zapiekanek, którymi ludzie syfią wszystko i wszystkich dookoła, wynika już z czystego buractwa. Obrzydliwe zapachy, którymi momentalnie przesiąka pasażer i jego ubranie, resztki sałaty i plamy sosu czosnkowego na koszuli to rzeczy, których zazwyczaj staramy się uniknąć. Niektórzy jednak mają to w dupie.

Nie zamierzam rozpisywać się nad ustępowaniem miejsc osobom starszym, bo z tym akurat różnie bywa. Wszyscy znamy przypadki rześkich babinek za wszelką cenę wykorzystujących swój starczy wiek albo wojujących o wolne miejsce niczym sienkiewiczowski Michał Wołodyjowski. Mimo wielu wiosen na karku, kulturą osobistą nie grzeszą.

Komunikacja miejska to nic innego jak element przestrzeni publicznej, który powinien być respektowanych przez wszystkich jednakowo. Jesteśmy na siebie skazani, więc szanujmy się nawzajem.

Marsz na lekcję savoir-vivre’u!

Komentarze


Tagi: , , , , , , , ,



Back to Top ↑