W XXI wieku wielodzietna rodzina przed trzydziestką to coś zupełnie niezwykłego

Opublikowano Kwiecień 1, 2014 | przez Dżordż

family is everything

Dożyliśmy oryginalnych czasów. Dziś mniejszym dziwactwem jest być 30-letnim singlem, który bawi się, pije i bzyka co popadnie, niż młodym gościem, mającym kilkoro dzieci.

Dla pokolenia naszych rodziców 25 latek z trójką pociech był czymś naturalnym. Człowiek studiował, żenił się, płodził dzieci, w międzyczasie kończył naukę i łapał jakąś robotę – tak mniej więcej to wyglądało.

Dla moich rówieśników taki gość to postać zupełnie niezwykła. Współczesny świat pełen jest dojrzałych singli, bawiących się co weekend w klubach albo par z kilkuletnim stażem, unikających dzieci jak ognia. To jak najbardziej tak, ale żeby za młodu angażować się w WIELODZIETNĄ rodzinę? Żeby zamiast imprez wybrać przewijanie pieluch? Zamiast wysypiania się postawić na wieczne zmęczenie? Tak, dla współczesnych ludzi w przedziale 25-30 to przeważnie niewyobrażalna sprawa. Niewyobrażalna nie znaczy, na szczęście, niewystępująca w przyrodzie.

Oto w Warszawie mam kolegę wykonującego – a jakże – zawód dziennikarza sportowego. Piszę o tym nie bez przyczyny – w tej branży o ile nie jesteś Mateuszem Borkiem czy innym równie rozpoznawalnym nazwiskiem, nie masz raczej szans na wielkie kokosy. No więc chłopak ma 25 lat, nie jest milionerem, a mimo to sprawił sobie trójkę dzieci właśnie. Dodam, że planowanych i urodzonych przez małżonkę, a nie jakąś lalę z imprezy.

Teraz pora na fragment jego wpisu na fejsie, który zainspirował mnie do spłodzenia artykułu:

„W dzisiejszych czasach trójka dzieci (!) w wieku 25 lat (!!) i w przeciągu niecałych trzech lat (!!!) to szaleństwo. Tak, to szaleństwo. Czujemy się jak na rollercoasterze. Dobrowolnie do niego wsiedliśmy i jedziemy. Raz jest euforia, raz zawroty głowy. Jak to w kolejce górskiej.

Często ludzie mówią, że brakuje im czegoś szalonego. My poszliśmy na żywioł. Każdy prowadzi swoje życie jak chce. Jeden w ogóle nie chce mieć dzieci, innemu wystarczy jedno, a nam zachciało się gromadki (na razie niewielkiej). Nie będę nikogo przekonywał, że tylko nasza droga jest słuszna, bo nie jest. Po prostu nasza jest taka, a nie inna i jest dobrze!

Nie będę oszukiwał, że jest sielanka. Fizycznie jesteśmy teraz mocno zajechani, ale najważniejsze, że zadowoleni. Dzieciaki potrafią nas wymęczyć, a jednocześnie sprawić mnóstwo radości.”

Czytam te słowa i po prostu się wzruszam. Może nie do łez, ale strasznie podoba mi się to, że w dziwacznym jak kobieca psychika XXI wieku znajdują się ludzie gotowi na takie poświęcenia. Na dziesiątki bezsennych nocy, ominiętych spotkań towarzyskich, na rezygnację z części własnych pasji dlatego, żeby WYCHOWAĆ dzieci i stworzyć z nimi szczęśliwą RODZINĘ.

Podoba mi się również to, że ci ludzie nie narzucają innym swojego sposobu na życie, nie przedstawiają go jako jedynego i niepodważalnego. Nie, oni pozostawiają innym dużo wolności sami jednakowoż nieco ją tracąc na rzecz potomków.

A może jednak… nie? Może właśnie dzieci dają człowiekowi wolność oraz, przede wszystkim, inne spojrzenie na świat, niemożliwe do zrozumienia przez kogoś, kto nie ma w domu ani jednego szkraba?

Nie wiem, nie umiem odpowiedzieć na to pytanie,  właśnie dlatego, że nie posiadam malucha, ani auta ani dziecka. A przynajmniej o takowym mi nie wiadomo – żaden kilkulatek nie zastukał jeszcze do drzwi mojego mieszkania i nie powiedział „hej tato”.

Wiem za to na pewno co innego: bohaterzy mojego tekstu nie są egoistami tylko ludźmi potrafiącymi poświęcić się dla innych. To rzecz piękna, ponieważ spotykana coraz rzadziej. I tak sobie myślę, że byłoby fajnie, abyśmy częściej chcieli zrobić coś dla drugiego człowieka, nie będącego akurat naszym potomkiem, a po prostu sąsiadem/znajomym/kolegą/przyjacielem. Abyśmy miast zaczynać każdą myśl i każde zdanie od „ja” postawili czasem na pierwszym miejscu kogoś innego niż siebie.

Niemożliwe? A skąd! Trudne do wykonania? Oczywiście.

Żyjemy w czasach, w których liczne reklamy sieją spustoszenie w naszych głowach, czyniąc przy okazji z danej jednostki wielkiego egoistę. Kup nowy telefon, wyjedź na wczasy, zafunduj sobie operację plastyczną, bla, bla bla, wszystkie te slogany toczą się wokół „ja” i sprawiają, że przestajemy się przejmować wszystkim wokół koncentrując się tylko na sobie. To błąd który jednak można łatwo naprawić: wystarczy mieć oczy i uszy szeroko otwarte. A gdy już dotrze do nich problem znanej nam osoby, trzeba odłożyć swoje ego na bok i postarać się jej pomóc. Tak po prostu.

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑