Wakacje w shotbarach – 6 absurdalnych postaci, które spotkałem ostatnio na pijackim szlaku

Opublikowano Lipiec 4, 2013 | przez Pato

shotbar

Miałem pisać o fenomenie shotbarów, ale w ostatnim czasie powstało o tym tak dużo tekstów, że w końcu odpuściłem. Nie będę zachwycał się tanią wódką, opisywał znanych kątów albo wymieniał wieczory, na których zalałem się tam w trupa. Już mi chyba przeszło. Wolę plener. Ostatnio zresztą nie piję, to sporo obserwuję. No i spotykam coraz większych dziwaków. Czasem tak absurdalnych, że ciężko uwierzyć w ich istnienie.

Dziwak nr 1 – Luluś

Spotkałem go w Poznaniu. W Warce. Wygląda jak pierwszy lepszy kloszard, który właśnie wyszedł z kontenera. Przyciemniane okulary. Wypłowiała marynarka. Lekko zgarbiony. W co drugim słowie wypowiada niedbałą „kurwę”, a gdy zacznie rzucać na rynek swoje historie, można przez przypadek przypiąć mu łatkę mitomana. Mówię przez przypadek, bo Luluś kilkadziesiąt lat temu był jednym z najbogatszych ludzi w Poznaniu. Miał pierwsze sklepy z dżinsami, sponsorował Lecha, sprowadzał do drużyny Okońskiego albo króla strzelców z Szombierek, niejakiego Kapicę. „Oj, jechałem grubo!”, „To jam wielkiego Lecha zbudował!” – to jego stałe teksty. Aż wierzyć się nie chce, że dzisiaj ten sam Luluś błąka się po rynku albo łazi na Bułgarską, żeby wyżebrać kilka groszy.

Dziwak nr 2 – Piróg

Oblepiony kolczykami, ubrany we wszystkie kolory świata lubi szwendać się w okolicach Foksal. Kolejna znana morda, która w otoczeniu większej liczby ludzi lubi robić z siebie pajaca. Kilka dni temu zawitał do lokalu Meta. Wpierdalał serdelki, ładował w siebie kolejne piwa, a gdy w baku zrobiło się pełno – uciekł. Zaliczył klasyczne angielskie wyjście, co oczywiście rozbawiło zgromadzoną gawiedź, kiedy tylko zorientowała się, że go nie ma.

Dziwak nr 3 – Clapton

Marna podróbka Gienka Loski. Któryś już wieczór z rzędu brzdęka na schodach przy warszawskiej Momo Pizza i  robi z siebie durnia, bo w podobny sposób chwycić za gitarę mógłby Antonii Macierewicz albo Dorota Wellman (wybór nazwisk totalnie przypadkowy). Clapton idzie jednak w zaparte. Coś tam śpiewa, coś tam gra. Generalnie myli słowa i myli akordy. Próbuje śpiewać „Tears in Heaven”, ale zna tylko refren. Ciekawy widok. Polecam zobaczyć to na trzeźwo, bo oczywiście po pijaku łatwo dać się nabrać. Clapton ma przecież wszystko, co powinien mieć typowy bard – tzn. nieprzemakalny płaszcz i kapelusz Hołdysa. Albo Gandalfa, jeśli ktoś jest już na naprawdę mocnej bombie.

Dziwak nr 4 – Adaś

Adaś… Reporter Adaś. Z wygląd trochę Szyc, z gadki – w sumie też. Nie wiem, czy to poza, czy od dziecka był taki, ale nawet wzbudza sympatię. Widać, że lubi uderzyć w melanż. Każdy alkoholik, który budzi się rano z kapciem w gębie, szybko nawiąże z nim kontakt. Adaś ma kilka plusów – lubi popierdolić o głupotach, a pracując w dużej telewizji, potrafi na drugi dzień szybko się regenerować. Minus – najebany wypytuje otoczenie, czy mają coś do posypania. Pod tym względem, straszna męczybuła.

Dziwak nr 5 – Makary

Absolutny hegemon wśród wszelkiej maści ulicznych przebierańców. Creme de la creme warszawskiej żulerni. Nie śmierdzi, nie opowiada głupot, nie próbuje stawiać klocka wśród ludzi, jak to niektórzy jego koledzy po fachu. Makary to dusza towarzystwa. Człowiek dobra-rada. Raz da dziewczynie kwiatka, innym razem opowie dobry żart, dopiero na końcu zapyta o hajs, ale zrobi to w taki sposób, że nikomu nawet nie chce się go odpędzać. Spotykam go dwa razy w tygodniu w Warszawskiej przy Placu Zbawiciela. Zawsze wśród ludzi i zawsze z piwkiem.

– What am I doing here? Piję! – błyska wybrakowanym uzębieniem.

Dziwak nr 6 – Bakero

Widziałem go w Ulubionej na Nowym Świecie. Stosunkowo dawno, bo pare miesięcy temu, ale takich gości się nie zapomina. Facet wybełkotał, że nazywa się Messi, ale dla potrzeb tekstu nazwałem go Bakero. Mistrz tańca współczesnego. Wystarczy spojrzeć na film:

 

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑