We śnie widziałem śmierć ludzi tak wiele razy, że przewidzę pewnie i swoją. Ale i tak kocham latać

Opublikowano Lipiec 10, 2013 | przez Limonow

samolot-glowne

Zaczyna się niepozornie, od wielkiego cienia. Po chwili słyszę już znajome dźwięki – jeszcze nie zdążę odwrócić głowy za hukiem, a już gonią mnie płomienie pożerające wszystko na swojej drodze. Dym, jakby piekący w oczy, często zamieniający się w zwykłe łzy. I wreszcie pot, jak w czasie wysokiej gorączki i histeryczne wycie budzika. 8:00 rano, pobudka. Dość walania się w wyrze i pora na coś poważnego. Po dziesięciu latach snów o tragediach samolotowych idzie się z tym trochę oswoić i funkcjonować normalnie.


Zawsze to samo. Zderzenie z ziemią, rozczłonkowane ciała, bicie serca, które przypomina mi o niedomykalności zastawek serca w dzieciństwie. Moja trauma, którą zaciągam się jak papierosem. Lubię gdy wraca, bo jest tak bliska rzeczywistości, że zastanawiam się już po tak długim czasie czy nie wytrenowałem w sobie świadomego snu? E, chyba nie. Bo kiedy znowu w niego zapadam – tracę kontrolę, piekielnie się boję i nerwowo wierzgam w pościeli.

Śmierć widzę z perspektywy trzeciej osoby. Zawsze na ziemi, czy to na płycie lotniska, czy to na swojej działce. Nigdy w kokpicie, nigdy na pokładzie. Zamykam oczy, odpływam. A mózg już podsyła chore obrazy, przeważnie dynamiczne kreślenie żałosnych łuków na niebie. Przeważnie w wykonaniu pilotów samolotu pasażerskiego. Przeważnie ja w niezmiennej roli – naocznego świadka choć w prawdziwym życiu zawsze byłem tylko słuchaczem. Tych najprawdziwszych świadków.

Można zwariować. 6 lat na liczniku i telefon do ojca. Wytrzeszczone gały, suchota w gardle. Takiego tatę widuję się rzadko. Wkrótce odpalamy całą rodziną TV. Czarno-biały obraz na TVP Lublin, archiwalne kadry z samolotem do akrobacji.

Łatwo wyciągnąć wniosek – tu się wszystko zaczęło. Pierwszy raz widziałem u bliskich mi ludzi reakcję na zgon kogoś znajomego, przyjaciela familii. Wierciło w brzuchu, zbierało na bełta. Nie potrafiłem się w tym odnaleźć i reszta szczegółów gdzieś mi uciekła. Nie pamiętam twarzy ofiary, ale pamiętam, że był mistrzem Polski. A skoro jest osobą publiczną, to googlam i po latach wychodzę mu w końcu naprzeciw – Janusz K. 14 mistrzostw Polski w akrobacjach samolotowych, 3 mistrzostwa świata zdobyte w Stanach. Oj, miało prawo działać na wyobraźnie. I owszem, tyrało beret.

Ogień, dym, kolejne kilkaset chorych nocy i snów fazie REM. A w międzyczasie wypad nad jeziorko. Zabawa z ze znajomą rodziną. Wracam owinięty ręcznikiem znad wody i zastaję wszystkich białych jak kreda. Jeden z moich znajomych rozleciał się szybowcem wraz z przyjacielem. I w dodatku był z rodziny, z którą pojechałem na biwak…

Kolejne połączenia i wieści: „Jeden z nich nie żyje”. Rozpacz, konsternacja, szaleństwo w oczach moich znajomych. Ja niby z chłodnym umysłem, rozmawiający normalnie, ale markotny. Nienormalny stawałem się dopiero po zmroku, kiedy mózg podsyłał własne wyobrażenia tych strasznych momentów. Noc w noc, jak zapętlony projektor. Znajomy przeżył, ale ja swoje zapamiętałem.

I tak mijały kolejne (nie)przespane noce. Normalne treści, przeważnie głupkowate, o dupie Maryni i znów pot, zmiana klimatu. Trach, trach, trach, znajome wirowanie silnika. Nadlatujący Jumbo Jet.

Czy to obsesja? Szczerze odpowiem, że nie wiem, choć trochę się waham. A może boję przyznać? Za mną chore ilości godzin spędzone na Youtube przy playliście złożonej z katastrof. Rejestrowanych i telefonami, i kamerami. Uzupełnianie symulacjami z dokumentów na National Geographic. Rysunki, komentarze. I przede wszystkim największy punkt mojego zwyrolstwa. Zdjęcia. Przeglądam je bez emocji, ale z wielkim dystansem i ciekawością. Chociaż bez strachu. Jak zapytacie – tak, te wszystkie wrzucone przez psychola z Rosji po Tupolewie też miewam przed oczami. A to nadal nie wszystko.

Raporty MAK. Czarne skrzynki. Hmmm… hobby? Nie, pogoń za własnymi snami, uzupełnianie fabuły.

Wiem, w którym locie zakrzyknięto: „Cześć, giniemy!”, wiem jakie linie rozleciały się sześć kilometrów od Soczi w 2006 roku. Znam nazwiska niektórych pilotów, niektórych ofiar. Jak mam na to nastrój, nie mogę oderwać oczu od najgorszych widoków.

samolot3


Lubię hokeja na lodzie, więc nie było najlepiej, kiedy w 2011 za lotniskiem w Jarosławiu runęła maszyna z zawodnikami Lokomotiwa. Przeglądając gazeta.ru zamarłem, złapałem za telefon i od razu przekręciłem do kumpla pochodzącego z Rosji. Ten niczego nieświadomy siedział w tym czasie na wakacjach pod palmą w Sewilli:

– O siema, nie wiem, czy wiesz, ale mocno sobie nabijesz…
– …DEMITRA NIE ŻYJE, SALEIJ NIE ŻYJE, KARPOWCEW NIE ŻYJE.
– Co ty w ogóle mówisz. Włączyłeś roaming?

Później nie odpuszczałem tego wątku przez kilka tygodni. Zapytalibyście – na chuj drążyć temat? Ale ja musiałem, bo mój mózg i tak by to wszystko odtwarzał, kiedy oparłbym łeb na poduszce.

Widziałem nagranie z przewożonym do szpitala jednym z nielicznych ocalałych i przytomnych – hokeistą Aleksandrem Galimowem. Wkrótce i on zmarł, a ja oglądałem pożegnanie całej tej plejady zawodników na lodowiskach KHL. Następnie patrzyłem na dokument „Pierwannyj paliot”. Z otwartymi ustami.

Dlaczego w ogóle poruszam ten temat? Przez zwykły film z Denzelem Washingtonem. Tak, przez „Flight”. Za mną dwie doby od obejrzenia i obie z wyczerpującymi koszmarami sennymi. Wiedziałem, że coś się święci, kiedy dostawałem dreszczy oglądając go jeszcze przed położeniem do łóżka. A później widziałem znów sztuczne ognia i ludzkie ciała. Sztuczne, bo generowane przez moją głowę. Ale tak utrwalane przez wszystkie lata, że niezwykle przypominające mi jawę…

samolot2

Sam się zastanawiam coraz częściej – czy dopadnie mnie to, co widzę? Czy wykraczę sobie przyszłość, która rysuje się w tak dziwnych barwach? Na razie uwielbiam zapinać pasy, rozpędzać się po lotnisku i lecieć. Byłem i w Waszyngtonie, i w kilku odległych zakątkach Europy. I za każdym razem w powietrzu jestem podekscytowany tak samo jak w nocy. W chwili, kiedy adrenalina wybudza mnie z koszmaru na widok kolejnych katastrof. Nie wiem dlaczego, ale nie jestem i nie będę jak Dennis Bergkamp. Chętnie polecę też gdzieś na wakacje, choć mam wrażenie, że w końcu na nie nie dotrę.

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑