Wiążemy się z ludźmi z sieci, a potem się tego… wstydzimy

Opublikowano Grudzień 27, 2013 | przez ZP

net

Statystyka robi wrażenie: 5 procent Polaków, którzy są w związkach, poznało się w sieci. A ogółem na randki z ludźmi internetu poszło już prawie 3 mln naszych rodaków. Wszystko pięknie fajnie, tylko nie rozumiem jednego: skoro tak hurtowo szukamy w necie partnera, to dlaczego… wstydzimy się przyznać do tego w realnym życiu?

Znam się z trzema parami, które wpadły na siebie w sieci. O tym, w jaki sposób się poznali, wie tylko ich rodzina oraz najbliżsi przyjaciele. Cała reszta znajomych myśli, że zaiskrzyło między nimi odpowiednio na domówce, w klubie i na wspólnym gotowaniu ze znajomymi.

Nie czaję całej tej konspiracji. Nie łapię, dlaczego w XXI wieku szukanie partnera w internecie miałoby być większym powodem do wstydu niż np. chodzenie na podryw do klubu. Przecież w imprezowni często nie brakuje podpitych, aroganckich buraków, pośród których nie da się znaleźć nikogo wartościowego. Albo łatwych lasek szukających one night standów. W tej sytuacji chwalenie się facetem/dziewczyną z dyskoteki nie jest zajebistym powodem do dumy, ponieważ niejeden znajomy pomyśli coś w stylu: oho, wydymał ją pierwszej nocy, a teraz są razem, pewnie na chwilę, pewnie zaraz to się rozpadnie.

Oczywiście nie musi to być prawda. W klubie też można poznać kogoś interesującego, na poziomie. Ciężko, żeby na 300 osób obecnych na parkiecie i w jego okolicach trafili się sami intelektualnie niedorozwoje.

Ale wróćmy do głównego tematu tego tekstu: w necie, o ile szuka się na odpowiednich portalach, naprawdę można wpaść na ciekawe osoby. Wiem, bo sam poznałem na sympatiach i innych takich dwie dziewczyny, z którymi łączyło mnie coś więcej niż przelotna znajomość.

Oczywiście, nie twierdzę tu, że internet to jest miejsce idealne. Tu także, podobnie jak w klubach, barach czy na domówkach, nie brakuje kompletnych buraków. Zboków. Onanistów. Pasztetów. Cała zabawa polega jednak na tym, żeby umieć ich wyeliminować i pośród iluś set chwastów znaleźć piękną różę/ zajebistego księcia.

Sieć ma tę przewagę nad realnym światem, że nie wymaga od nas aż takiego zaangażowania czasu i pieniędzy. Wyjście na imprezę poprzedzają przygotowania w mieszkaniu, a potem trzeba się wykosztować na drinki i inne pierdoły.

Tymczasem te wszystkie „sympatie” nie chcą aż takiego nakładu środków. Wystarczy raz poświęcić dwie godziny ze znajomym fotografem na zrobienie kilku niezłych zdjęć, a potem godzinę na stworzenie ciekawego opisu. Następnie wysyłasz SMS-a za kilkanaście złotych i voila, witaj w świecie w którym możesz poznać kilkadziesiąt naprawdę fajnych lasek. Pośród nich nie brakuje np. kobiet na stanowiskach: dyrektorek, członkiń zarządu, właścicielek dużych firm, generalnie ludzi sukcesu. Skoro one nie wstydzą się umieszczać na portalach swoich profili z prawdziwymi zdjęciami, dlaczego my mielibyśmy odczuwać jakąkolwiek krępację?

Zastanówcie się nad tym, a potem dojdźcie do jednego słusznego wniosku: szukanie uczucia w sieci to nie jest żaden przypał. Spokojnie można przyznać się znajomym na imprezie, że randkujesz via internet, a jak już znajdziesz tu kogoś z kim się zwiążesz, nie ukrywajcie przed wszystkimi miejsca poznania. Normalni ludzie na poziomie nie będą strzelać podśmiechujek jak szczerze opowiecie co i jak, a prostakami, którzy próbują wykpić wszystko i wszystkich dookoła, naprawdę nie ma się co przejmować.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑