Wielki Brat to ciągle fikcja, czy jednak już rzeczywistość?

Opublikowano Styczeń 27, 2015 | przez lucky bastard

GMeJEjB

Do niedawna Wielki Brat kojarzył się głównie z twórczością Orwella i głupawymi programami telewizyjnymi. Koncepcja postaci, która zawsze patrzy, wszystko kontroluje i prowadzi wszechobecną inwigilację, u niektórych budziła strach, u innych rozbawienie. Dziś, wraz z rozwojem ogólnodostępnej technologii, perspektywa posiadania własnego Wielkiego Brata stała się niepokojąca realna. Każdy z nas może takiego mieć, o ile… jeszcze go nie ma.

Współczesny Wielki Brat jest systemem informatycznym i może kryć się we wszystkich urządzeniach podłączonych do sieci. W komputerach, tabletach, telefonach komórkowych czy telewizorach. Tak, w telewizorach też, co jest najdokładniejszym nawiązaniem do orwellowskich teleekranów. Najnowsze modele – co oczywiste – mają dostęp do Internetu oraz są wyposażone w kamery i mikrofony, które w zamierzeniu mają ułatwić interakcję z urządzeniem. Nie trzeba być specjalnie domyślnym, by wyobrazić sobie, że taki telewizor używany jest w zupełnie odwrotnym celu. Czyli nie służy do oglądania, ale ogląda sam.

W Polsce wciąż brzmi to jak teoria spiskowa i totalne science fiction, ale w USA inwigilacja za pomocą tego typu sprzętów jest już na porządku dziennym. Udowodnił to Edward Snowden, który ujawnił amerykański program kontroli Internetu, na który składają się monitorowanie kont poczty elektronicznej, portali społecznościowych i połączeń telefonicznych. A wszystko to w imię szeroko pojętego bezpieczeństwa.

No ale czy w Polsce na pewno cieszymy się większą prywatnością? Każde dziecko – od najmłodszych lat karmione filmami sensacyjnymi w TV – zdaje sobie sprawę, że rozmowy telefoniczne mogę być podsłuchiwane. Nie jest to specjalnie trudne, zwłaszcza dla organów państwowych, z którymi operatorzy sieci aktywnie współpracują. Nawet najmłodsi zdają sobie sprawę, że przez telefon lepiej nie wypowiadać słów-kluczy, jak na przykład „marihuana”. Nawet dla żartów lepiej stosować bardziej opisowy język.

A skoro coś jest dostępne dla policji, to pewnie jest też osiągalne dla utalentowanego hakera. Wiemy także, jak prosto jest dyskretnie nagrać prywatną rozmowę twarzą w twarz, co niedawno udowodnili nasi prominentni politycy. Tak naprawdę żadna rozmowa nie jest dziś bezpieczna, o ile zainteresuje się nią ktoś z odpowiednim sprzętem i umiejętnościami.

Dobra, ale nie popadajmy w paranoję. Ze względów bezpieczeństwa państwa na podsłuch narażony jest niewielki ułamek naszego społeczeństwa. Co innego względy reklamowe. Tutaj każdy jest w miarę ważny, każda grupa docelowa. Potwierdza to eksperyment, który jakiś czas temu przeprowadziło Francuskie Narodowe Centrum Informatyczne.

Pod lupę wzięto kilku użytkowników-ochotników, którzy korzystali ze smartfonów z Androidem. Jak się okazało, niektóre aplikacje – w tym te najbardziej popularne – wyciągają od użytkowników nieprawdopodobną liczbę poufnych informacji. Na przykład oficjalna apka Facebooka potrafiła wysłać 150 tysięcy zapytań o lokalizację telefonu, i to w przeciągu zaledwie trzech miesięcy. Średnio częściej niż raz na minutę, a i tak daleko jej do aplikacji-rekordzistów.

Z danych o lokalizacji w ogromnym stopniu korzysta też Google. Jeżeli twój telefon jest sprzęgnięty z Gmailem, pod adresem maps.google.com/locationhistory możesz sobie sprawdzić, gdzie przebywałeś danego dnia. Albo ktoś to może zrobić za ciebie. Opcję rzecz jasna można wyłączyć, ale pobierania lokalizacji już nie. A to wszystko jedynie na potrzeby reklam.

W ogóle reklamy Google działają w mocno inwazyjny sposób. Wystarczy kliknąć w jakiś link, na przykład w ofertę sprzedaży kurtki narciarskiej. Za chwilę ta kurtka będzie do nas krzyczeć z Facebooka i setek innych stron. Nawet jeśli z początku nam się nie spodobała, z czasem zaczynamy się do niej przyzwyczajać. Zaczynamy chcieć ją kupić.

Inna sprawa, że kiedyś nie wylogowałem się z konta Gmail na domowym komputerze, na którym moi bliscy szukali dla mnie prezentu gwiazdkowego. Chwilę później włączyłem w biurze Facebooka i już wiedziałem, co dostanę. Znaczniej gorzej miał znajomy, który kiedyś pomógł ojcu odprawić się na samolot. Nie wylogował go, więc tatuś na domowym komputerze zobaczył jego późniejszą historię wyszukiwań. Historię kompromitującą, dodajmy.

Dziś historia wyszukiwań to sprawa bardzo osobista. Udostępnienie jej osobie trzeciej jest niczym pokazanie najintymniejszej części pamiętnika. Mimo to informacje te krążą jak szalone pomiędzy różnymi urządzeniami, aplikacjami i stronami. Wszystko po to, by zaproponować nam najlepiej dopasowaną, spersonalizowaną reklamę.

A e-mail? Przykładowa skrzynka Googla stale się powiększa, więc można traktować ją jako osobisty, wirtualny dysk. Aż strach sobie wyobrazić, że ktoś mógłby tam wbić i trochę się pokręcić. Można tam znaleźć prywatną korespondencję, rozmaite hasła, zdjęcia i podsumowania transakcji bankowych.

No właśnie, banki. Jeśli występujemy o kredyt w banku, w którym od jakiegoś czasu mamy konto, nic nie musimy deklarować. Analitycy sam sprawdzą ile zarabiamy, jakie mamy wydatki i, generalnie, co robimy z pieniędzmi. Jeśli często korzystamy z karty, łatwo można też sprawdzić co dokładnie robimy oraz ile i na co wydajemy.

Skoro te wszystkie dane są gromadzone i przechowywane, to zawsze mogą zostać użyte w sposób niezgodny z przeznaczeniem. Nie tylko przez wielkie korporacje, ale też przez dowolnego utalentowanego świra. Taka jest cena korzystania z współczesnych, technologicznych udogodnień.

Dziś jeszcze stoimy przed wyborem. Możemy zostać outsiderami i nie korzystać kart płatniczych i nowinek technologicznych lub możemy świadomie zgodzić się na inwigilację. Pytanie: jak długo jeszcze to my będziemy decydować? Skoro w Szwecji poważnie dyskutowany był pomysł zupełnego wycofania gotówki, to odpowiedź wydaje się oczywista. Niedługo…

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑