Wizyta w bloku, czy istnieje coś piękniejszego?

Opublikowano Marzec 15, 2014 | przez Gofrey

dom

Strasznie irytuje mnie sprowadzanie wszystkich cech charakterystycznych dla naszego narodu do wad, przywar oraz obciachowych obyczajów. Skarpety w sandałach, oklaski w samolocie, ewentualnie szydercze przypomnienie: „zastaw się a postaw się”. Tymczasem właśnie zwiedzam miasto rozdając zaproszenia na mój ślub oraz wesele i dochodzę do wniosku, że niewiele jest rzeczy weselszych, przyjemniejszych i bardziej uroczych, niż cudowna i unikalna kultura polskich mieszczan. Gdyby nie praca, mógłbym całe życie trwonić na takich wizytach. Kawa, herbata, ciasto, bigos i ewentualnie kielon.

Zna to chyba każdy z was. W przedpokoju boazeria i buziaczki, a także tekst typu „Grażynko, wstaw wodę na herbatę”. Wchodźcie w butach, nie sprzątane. Ewentualnie łapcie/bambosze/klapki. To prawie jak rytuał, który już wprowadza mnie w dobry nastrój. Wszyscy wiedzą, że jest czysto, wszyscy wiedzą, że nikt nie lubi zamiatać, ale nie. Wchodźcie w butach, a jak chcecie to możecie też pluć na podłogę. Gościnność, która przekracza ramy logiki, ale jest tak ujmująca, że już wtedy mam ochotę wyściskać gospodarza.

Siadamy do stołu, obrazki Świętych i papieża spoglądają jak na obrus wjeżdża „czym chata bogata”. Albo ciasta, albo wędliny, jeśli odwiedziny w późniejszej porze – bigos, schabik, a gdybym zażyczył sobie gyrosa to pewnie gospodyni w tajemniczy sposób wyczarowałaby go w kuchni w mniej niż kwadrans.

– Jedzcie, częstujcie się. – Nieee, my najedzeni.

No i jemy. Jabłeczniki, serniki, jeszcze tysiąc innych, przy czwartej wizycie zauważasz, że „słodki” bywa czasem synonimem z „zabójczy”, ale nadal wcinasz te frykasy, no bo przecież nie wypada odmówić. Masz wrażenie, że jeszcze jeden ruch łyżką i faktycznie zwymiotujesz tęczowym potokiem słodyczy, ale to przecież tylko jeden kawałeczek ciasta, jedz Kuba, nie krępuj się. Normalnie się wkurzam, gdy ktoś tak nachalnie napełnia mi żołądek, ale tutaj nie protestuję. Oddałbym wszystko, żeby móc narzekać na przejedzenie słodkościami, byle móc częściej dać się pochłonąć temu niesamowitemu pitoleniu o wszystkim i o niczym.

To bowiem kolejny punkt obowiązkowy. Zwykłe gadanie o głupotach, o tym co u wspólnych znajomych, o tym jak radzą sobie dzieciaki w szkole/pracy, o tym co się działo trzydzieści lat temu nad Balatonem i czy wesele duże. Gdzieś w międzyczasie pojawia się gołda, kieliszki, dla kierowców siódma herbata i czwarta kawa. Z zapowiedzią/bez zapowiedzi – zawsze barek (w klasycznej meblościance, która jest w wyjściowym zaopatrzeniu każdego mieszkania w bloku) i kuchnia są gotowe na przyjęcie gości. „Small talk”? Raczej wielkie, wielogodzinne nadrabianie ograniczonego na co dzień kontaktu. Raport z życia, a do tego szerokie spektrum tematów – bo przecież pogadać można i o samochodach, i o polityce, o sporcie czy problemach społecznych.

Mógłbym tak siedzieć wiecznie, niezależnie czy rozmawiam z ukochaną matką chrzestną, jedną z najcieplejszych osób, które znam, czy ze spotkanym pierwszy raz wujkiem od strony mojej narzeczonej. Pożerać kolejne ciasta, wypijać kolejne herbaty i wysłuchiwać z zaciekawieniem historii, które w „normalnych” warunkach, na przystanku, w knajpie, albo tramwaju kompletnie by mnie nie obchodziły. Aha, śmietnik pod zlewem, szklanki w koszyczku i telewizor uwięziony w meblościance to stały element tej kultury, tak jak wspomniana boazeria i wchodzenie w butach.

Kocham to wszystko całym sercem, w myślach nazywam to przedłużeniem słynnej polskiej gościnności w wersji prawdziwie mieszczańskiej i – jak mniemam – rytuału dość unikalnego w skali świata. Rodzinne spotkania w wersji ciasto i sakramentalne westchnienie „no co zrobisz, nic nie zrobisz” to coś, co ładuje mnie optymizmem i siłą. Nie tylko na zjedzenie kolejnego ciasta…

Komentarze


Tagi: , , , , , , ,



Back to Top ↑