Wódka nie wypije się sama, czyli rozpoczynamy nowy cykl – o akademikach

Opublikowano Wrzesień 25, 2013 | przez Drysus

pokojakad

Akademik. 10 metrów kwadratowych, w których zamyka się niezwykle istotna część studenckiego życia. Jedna szafa (na trzech), mała lodóweczka (też na trzech), dwa biurka (jasne, że na trzech. Logiczne, prawda?), i trzy łóżka (uff!).

Teraz krótkie oprowadzenie dla nieczujących klimatu: stojąc w progu jesteś w przedpokoju. Robisz krok i wkraczasz do kuchni. Dwa w lewo i nawiedzasz „sypialnię”. Kolejne trzy i jesteś w gabinecie. Następnego nie zrobisz, bo przywalisz w parapet. 10 metrów kwadratowych. Wyłączając, oczywiście, meble.

Życie na dziesięciu metrach kwadratowych. Jakie jest? Jak wygląda? Czy morze alkoholu i unoszący się w powietrzu zapach wiecznie spalanej trawki oznacza szarą codzienność, a seks pod prysznicem jest równie pospolity, co spaghetti na obiad? Czas obalić wszelkie mity i potwierdzić krążące legendy. Wyszło wkracza z buciorami w akademickie progi.

Na początku musimy zastrzec jedną rzecz. Na pozór oczywistą, ale podkreślimy ją bardzo wyraźnie, żeby była jasność: ilu ludzi, tyle historii – pamiętajcie. W akademikach spędziliśmy wystarczająco dużo czasu, żeby wiernie odwzorować klimat i przeróżne historie przelać na ekrany waszych komputerów. Nie napiszemy jednak niczego, czego nie przeżyliśmy. To nie w naszym stylu. Nie powiemy jak jest, powiemy jak było z nami.

Na „dzień dobry” wpadamy z wizytą do jednego z warszawskich akademików. Nieco przydługą, mniej więcej 3-letnią. Zasiedzieliśmy się trochę, ale co poradzić. Studenckie życie wciąga. Odwiedzimy oczywiście również inne, ale że „koszula bliższa ciału”, startujemy w stolicy.

Wyrwany z domowego ogniska

Życie w akademiku jest, najkrócej mówiąc, specyficzne. Trudne, ale uczące charakteru. To na pewno. Nie masz mamusi, która wypierze śmierdzące skarpety. Nie masz mamusi prasującej ubrania i gotującej pyszne obiadki. Nie masz mamusi, która rano śmignie po ciepłe, chrupiące bułeczki, gdy skacowany po kolejnym melanżu z niemiłosiernym łomotaniem w głowie będziesz próbował przewrócić się na drugi bok, marząc o choćby odrobinie snu. Nie masz mamusi, która pozamiata syf i ogarnie wszechobecny burdel. Kibla też nie posprząta (pod tym względem krakowskie akademiki niszczą te warszawskie w zarodku, bo łazienki regularnie pucują białoruskie sprzątaczki. Marzenie warszawiaka – szacun).

Generalnie jesteś sam. Czyli jak przez lata chowałeś się za spódnicą i żyłeś jak lord rozpieszczany przez rodziców, to jesteś po prostu w dupie. Trudno utrzymać porządek na 10 metrach kwadratowych, którymi – wbrew zdrowemu rozsądkowi – musisz podzielić się jeszcze z dwoma lokatorami. Na jakimś przyzwoitym poziomie da się jednak o to zadbać. W TVN Style raczej tego pokażą, test białej rękawiczki też pewnie by nie przeszedł, ale da się żyć. Jak w domu, nie w chlewie. To znaczy, prawie.

A melanż trwa…

Nieodzowna część akademickiego życia. Gdyby przyszło mi spisać wszystkie większe melanże z ostatnich 3 lat, to pewnie w połowie spaliłby mi się komputer. W akademikach wiecznie coś dzieje i ciągle gdzieś się pije. Innej opcji nie ma. W październiku, listopadzie i grudniu chleją potencjalni poważni inżynierowie, a w styczniu i lutym, gdy konkretni studenci muszą wziąć się za uczciwą robotę przed sesją, królami życia zostają informatycy. Najbardziej wkurwiająca zresztą grupa akademickich lokatorów pod słońcem. Zapatrzony w ten swój mały 13 calowy monitorek gnom słowem się do ciebie nie odezwie. Mieszkałem z takim w wakacje. Jak wychodziłem do pracy o 9, to siedział na łóżku po turecku ze słuchawkami na uszach i zarzynał myszkę na World of Warcraft. I tak przez cały dzień. Wracając o 20 zastawałem tylko wyprostowane nogi.

– Cały dzień grałeś!?
– Aaa, kurwa, jakoś tak wyszło.

I tak non stop. Mega mózgi. Na studiach nie robią nic. Jak nie odpadną na pierwszych semestrach, gdzie tłuką ich z nieco bardziej zaawansowanej matmy, to żyją jak w raju. Smażing, plażing i te sprawy. Wypiją dwa piwa i ogień. Szaleją jak nie oni. Królowie towarzyskiego życia. Podczas gdy wszyscy normalni zakuwają do sesji (bo wbrew pozorom studenci, zarówno ci chlejący, jak i pijący tylko okazyjnie, czasami naprawdę się uczą).

Oczywiście po pół roku sytuacja się powtarza. Marzec, kwiecień, maj – szaleństwo. Czerwiec – rycie. Zdarzają się naturalnie oryginały, które mają wszystko w dupie i jadą na melanżu cały rok. Znam też takich, którzy na trzeźwo wydziału nie odwiedzali, ale tym udaje się rzadko. Pierwszy lokator pociągnął rok, 4 miesiące i go wyjebali. Pamiętam jak otwierał drzwi do pokojów, rozlewał wodę na podłodze w łazience i ślizgał się na łopatkach od zmiotek… Melanże wygrywał, ale systemu nie przeskoczył. W końcu klamoty spakował i „welcome to Opoczno”.

Pije się codziennie, to już chyba pisałem. Gdzie? Najprościej byłoby powiedzieć: byle gdzie. Hitem jest zawsze Sylwester, bo jak nie masz lepszych opcji na radarze, to akademik zawsze poratuje. Jedna wielka zbiorowa impreza. Ludzie chodzą po pokojach, rozlewają wódę i zgarniają niedobitki na melanż. Wchodzisz nie znając absolutnie nikogo, a wychodzisz jako król parkietu. I zazwyczaj nie sam…

Ale Sylwester to nie codzienność. Ona jest nieco inna. Gigantyczny kampus (kto z Warszawy już wie, o jakiej uczelni mówimy) daje kapitalne możliwości. Grill ściele się gęsto. Są takie wieczory (i dni, w końcu informatycy, o czym wspominałem, nie robią nic, nawet na zajęcia rzadko chodzą), że ciężko znaleźć wolny kawałek trawki na rozpalenie swojego wartego całe 17 złotych i kupionego na 20-osobową grupę grilla. Dzień nie ma znaczenia. Środa niczym nie różni się od poniedziałku czy piątku. Twoją nieobecność tłumaczą tylko projekty i poprawy kolosów (potencjalny inżynier rozumie, informatyk nie ogarnia).

Grill, kiełbaski, szaszłyczki, karkóweczka (tylko na urodzinach), a to tego hektolitry browarka i zimna wódeczka. Z samochodu zawsze leci jakaś muzyka i klimat wytwarza się sam. Spragnieni wrażeń kończą zabawę  tournee po mieście. Ci bardziej leniwi, ale mocniej zaprzyjaźnieni z zieloną butelką Perły (wiadomo, 2,49zł), zazwyczaj witają nowy dzień na kampusie.

Akapit muszę poświęcić też melanżom stricte akademikowym. Miałem na drugim roku fantastycznych sąsiadów, którzy regularnie dbali o rozrywkę na piętrze. Jak puszczali muzykę, to nie zachłannie i tylko dla siebie, ale tak, żeby zabawić mogli się wszyscy. Niby ostro imprezowali tylko raz na tydzień, ale niszczyli się wtedy dokumentnie, bez żadnych hamulców i choćby grama przyzwoitości. Totalne i spektakularne zalanie organizmu. Jak na drugi dzień wychodziłem na wydział, to najsilniejszego mijałem w progu ze świeżą dostawą wódki i browarów. A że ekipa była wyjątkowo mocna, to jeszcze wieczorem namawiali na kielicha…

Oj, długo by pisać. Od tych wszystkich „tylkojednopiwkoboprojekt” zaczynając, na „japierdolepocomitobyło” kończąc. O kupionym za cztery dychy na allegro karaoke, o unoszącej się w powietrzu woni maryśki, fajach wodnych… Studnia bez dna. Tu wiecznie ktoś pije, jara i wiecznie ktoś ma kaca. Codziennie nowe historie, co noc nowe melanże. Tylko jedno się nie zmienia i choć niektórym trudno będzie w to uwierzyć, faktycznie tak jest. Każdy mieszkający w akademiku student szanuje naukę drugiego studenta. Melanż melanżem, ale nauka zawsze jest ważniejsza. Wystarczy jedno słowo ananasa, który po raz 345 podchodzi do tego samego kolokwium z wytrzymałości materiałów, by impreza momentalnie się zwinęła. I przeniosła oczywiście gdzie indziej, bo o jakimkolwiek przedwczesnym zakończeniu nie może być przecież mowy. Wszak wódka sama się nie wypije…

Seks w wielkim mieście

Tabuny lasek wskakujących codziennie facetom do łóżek i ganiających nago po akademiku to, z grubsza rzecz ujmując, bzdura. Wbrew panującej dość powszechnie opinii w akademikach nie bzyka się wszystkiego, co nie zdąży uciec na drzewo. Choć życie jest specyficzne, spotyka się wielu studentów (nie)zwykłych (pytanie, kogo traktować jako „zwykłego”…). A i dziewczyny cnotliwe, nawet bardzo, również się znajdą. I to bez większych problemów.

W akademikach irytuje niestety brak prywatności. Trafienie wolnego 10-osobowego segmentu (dwa pokoje 3-osobowe i dwa 2-osobowe) graniczy niemal z cudem. O bzykaniu w ciszy, spokoju i jakimś tam odosobnieniu można więc zapomnieć. Jakoś na pierwszym roku miałem sąsiadkę, informatyczkę (czyli, standardowo, maksymalnie 6/10), która pewnego dnia, święcie przekonana o tym, że chłopaków za ścianą na nie ma, poczuła się wyjątkowo wyzwolona.

Przyjechał więc chłopak i zaczęła się jazda. Gdzieś między „o tak, mocniej!”, a „aa, aaaa, aaaaaa, taaaaaakk” próbował człowiek żyć w miarę normalnie, wypić browar i obejrzeć film, ale jakoś się nie udawało. Jakby tego było mało, spotkałem tego jej ruchacza w łazience, jeszcze bez koszulki (tuż po głębokim „misiubylescudowny”). W takiej sytuacji zazwyczaj jest niezręcznie, ale oczywiście nie w akademiku. „Siema – siema” i po sprawie. To znaczy byłoby po sprawie, gdyby ruchacz nie wystartował z niepohamowaną chęcią uściśnięcia mojej dłoni. Załącza się szybkie myślenie: wyjść na chama i nie podać ręki czy jednak się przemóc, a później upierdolić ją dla pewności na wysokości łokcia? Ruchacz, ręka ruchacza, informatyczka ruchacza (6/10). Ręka, ruchacz, 6/10… Dobra, lepiej to zostawmy. Akademik nie zawsze przywołuje miłe wspomnienia.

Prysznic nie jest areną seksualnych bitew. Oczywiście może się tak zdarzyć, ale niewielu decyduje się na tego typu akcje, gdy od korzystających z umywalek dzieli cię tylko cienka zasłonka. Tam prywatność spada do zera. I niektórzy z tego skrzętnie korzystali. Nie brakowało bowiem takich, co z pokoju krzesła przynosili i urządzali sobie seanse podczas kąpieli sąsiadek. Jakbym nie zobaczył, to bym nie uwierzył.
Z prysznica lepiej nie korzystać w czasie imprez, zwłaszcza imprez erasmusów, którzy troszkę inaczej traktują swoją przygodę ze studiowaniem nad Wisłą. Tu gorzej oczywiście mają dziewczyny, bo jak facetowi laska wparuje pod prysznic, to przecież raczej się nie wkurzy. Tak, dziewczyny mają gorzej, bo jak już wcześniej wspominałem, nie wszystkie walą się jak domy w Czeczeni. Nie wszystkie są żądne przygód i spełnienia najskrytszych seksualnych fantazji. Co innego nasi erasmusowi przyjaciele. Oni nie oszczędzają się w bojach i próbują wszystkiego, by do swojego kraju wrócić z jak najwyższą średnią. Niekoniecznie ocen. Atakują więc wszędzie, pod prysznicem też. Najczęściej spotykają się oczywiście z liściem w twarz, choć była i taka, która wkurwiona rozłożyła ręce i prężąc dumnie swoje wątpliwej piękności kształty, powiedziała: ej, kurwa, może byś to zasłonił! Nie jest dla nich problemem, że wystartowali akurat do kompletnie nieznajomej laski i wbili jej pod prysznic. Próbują. Nóż, widelec, może kiedyś się uda.

Jeszcze jedna dość istotna kwestia. Nie tak łatwo do akademika sprowadzić dziwkę. Wielu próbowało, ale jeszcze nie słyszałem, żeby któremuś się udało. Zazwyczaj, przerażona zapewne ogromem czekającej ją roboty, grzecznie dziękowała za zainteresowanie i odkładała słuchawkę. Zawsze jednak znajdowała się na kampusie studentka, która swoje seksualne zamiłowania przekuwała w złoto. Mieszkała na parterze i klienci wchodzili do niej… przez okno. Ile kosztowała godzina szaleństwa z akademicką dziwką? Niestety nie wiem, nie interesowałem się. Ale znając życie jakieś promocje dla studentów były.

Odcinek pierwszy czas zakończyć. Obiecujemy, że jeszcze nie raz odsłonimy tajemnice jednego z warszawskich domów studenckich. Tymczasem zbieramy się pomału do małego tourne. W niedalekiej przyszłości na dłużej zawitamy bowiem do Kielc. Sprzedawanie wódki na rusztowaniach przez pracujących robotników, niemal wyłączone z użytku melanżowe 9 piętro akademika i laski o zupełnie innej mentalności… Będzie się działo.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑