Niepodległa Katalonia? Czy to możliwe? Realne?

Opublikowano Październik 1, 2015 | przez Gofrey

katalonia_pap_epa_600

Wszystko zaczęło się niemal rok temu, konkretnie dziewiątego listopada, gdy do urn wyborczych poszły ponad dwa miliony wkurzonych Katalończyków. Referendum, które od momentu ogłoszenia, aż po dziś dzień wzbudzało emocje i kontrowersje. Czy jest ważne? Czy jest wiążące? Czy jest legalne? W listopadzie Katalończycy w teorii decydowali o tym, jak widzą przyszłość swojego regionu. 81% z tych, którzy wzięli udział w głosowaniu powiedziało jasno: „independencia”. Niepodległość. Chcemy wolnej, niezależnej od Hiszpanii Katalonii. Już sam fakt, że referendum się odbyło, że do urn ruszyła 1/3 uprawnionych do głosowania był jasnym sygnałem – orzeczenia Trybunałów Konstytucyjnych i innych hiszpańskich instytucji nas nie interesują. Interesuje nas niepodległość.

To wtedy prawdopodobnie na dobre ruszyła lawina, która może zakończyć się odłączeniem regionu od Królestwa Hiszpanii.

W styczniu zapadła decyzja: 27 września, w dniu wielkiego regionalnego święta, Barcelona i okolice zagłosują w przedwczesnych wyborach do katalońskiego parlamentu. Od początku było wiadomo, o co toczy się gra. Partie dążące do niepodległości rozpoczęły kampanię, w której dominował jeden temat – stosunek do Hiszpanii, stosunek do własnej niezależności. Artur Mas, który – na marginesie – był straszony przez Hiszpanię karą więzienia za ewentualne ogłoszenie niepodległości regionu, dawał jasne sygnały. 27 września wybieramy nie tylko nowy parlament, wybieramy między niepodległością a zachowaniem obecnego stanu.

Od razu było wiadomo, że pierwszą kwestią podniesioną tuż po ogłoszeniu wyników, będzie właśnie dalsza strategia katalońskich rządów wobec Hiszpanii. I – paradoksalnie – po tymże ogłoszeniu okazało się, że zwycięskimi czują się wszystkie strony sporu. O co bowiem tak właściwie chodzi w lokalnych rozgrywkach politycznych i jakie mają przełożenie na „dużą” politykę z odłączeniem regionu włącznie?

W zasadzie każda z partii czy ugrupowań startujących w wyborach opowiadała się jasno za lub przeciw niepodległości. Junts pel Si (Ruch na tak) to koalicja dość egzotyczna: w jej ramach siły połączyły konserwatywna Convergencia Democratica (CDC) i Republikańska Lewica Katalonii (ERC). To zwycięzca i jednocześnie najpoważniejsza siła proniepodległościowa, co zresztą dość naturalne – lewica i konserwatyści współpracują przede wszystkim w obszarach związanych z autonomią regionu, w pozostałych zachowując różne stanowiska. W wyborach z ubiegłego tygodnia zebrali 62 mandaty (na 135 miejsc w Parlamencie). Gdy dodamy do tego kolejne dziesięć, które wywalczyła CUP – inna lewicowa, proniepodległościowa partia, mamy absolutną większość wymaganą do przeprowadzenia szeregu zmian. Problem polega jednak na tym, że mandaty nie mają pełnego przełożenia na głos społeczeństwa.

Po podliczeniu bowiem, okazuje się, że na powyższe trzy ugrupowania (koalicję Junts pel Si i CUP) oddano 47,2% głosów. Jeśli politycy tych partii pragnęli sprzedać wynik wyborów jako jednoczesną deklarację Katalończyków dotyczącą ich niepodległości – nie udało się. Pozostałe partie, zazwyczaj bardzo sceptycznie nastawione wobec jakichkolwiek prób odrywania się od Hiszpanii, otrzymały przeszło połowę głosów. Mandatów w parlamencie nie mają wiele, ale mają w ręku potężny argument – ponad połowa głosujących nie chciało głosować na polityków niepodległościowych.

Tę dwuwymiarowość wyniku podkreślają zresztą spory w mediach. Katalońskie dzienniki przekonują, że kształt parlamentu nie pozostawia wątpliwości – Katalonia ma dość tłamszenia nastrojów, ma dość króla i całej Hiszpanii. Dziennikarze przeciwni projektom Junts pel Si i tym podobnym piszą jednak w odwrotnym tonie – tak jak referendum z 2014 roku nie pozostawiało wątpliwości, tak dziś, przy wyższej frekwencji przekraczającej 75%, Katalończycy są zdecydowanie bardziej podzieleni.

Tym bardziej, że nawet w obozie niepodległościowym istnieją poważne tarcia. CUP przekonuje, że nie wesprze rządu Artura Masa, co oznacza, że nawet teoretyczna większość bezwzględna nie będzie w zasięgu ruchów popierających postulat zwiększenia autonomii. W dodatku nawet sojusz Junts pel Si nie jest monolitem, jednocząc partie w gruncie rzeczy dość odległe światopoglądowo czy ekonomicznie.

People take to the streets during a protest for greater autonomy for Catalonia within Spain in central Barcelona

Mało? Dodajmy, że wkrótce wybory parlamentarne w Hiszpanii, podczas których wyłoniony zostanie nowy rząd, czyli de facto nowi partnerzy do dyskusji dla Katalończyków dążących do niepodległości. Aktualny bowiem wyraził się jasno: będziemy współpracować z Junts pel Si, ale nie ma mowy o jakiejkolwiek zgodzie na działania zmierzające do destabilizacji Hiszpanii. W tym szerokim terminie z pewnością mieszczą się wszystkie ostrzejsze wystąpienia za niepodległością regionu. Dodatkowo Katalończykom grozi Europa. Jak zapewniają politycy i komentatorzy spoza Hiszpanii – żadne z państw nie „zdradzi” hiszpańskiego sojusznika, wobec czego albo nikt nie uzna niepodległości regionu, albo Katalonia zostanie wyłączona z Unii Europejskiej.

Dodatkowo dwa dni po wyborach wezwanie do sądu otrzymał… Artur Mas. Wspomniany szef władz wykonawczych w Katalonii, architekt zarówno ubiegłorocznego referendum, jak i przedwczesnych wyborów, jest podejrzewany o obywatelskie nieposłuszeństwo, jakim było zorganizowanie całego niepodległościowego referendum. W połowie października ma zeznawać przed sądem.

Tyle teorii, co z praktyką? W praktyce na ten moment nic się nie zmieni. Przynajmniej do wyborów w Hiszpanii, trwać mogą co najwyżej bardziej lub mniej poważne dywagacje na temat przyszłości. Sam fakt jednak, że temat jest na tyle głośny, pokazuje, że niepodległość Katalonii jeszcze długo będzie wiodącym tematem wokół wszystkich kolejnych wyborów tak w Katalonii, jak i ogółem w Hiszpanii. A z naszej perspektywy… że może ta nasza polityka nie jest wcale aż tak zagmatwana…

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑