Wspominamy dawne gwiazdy Big Brothera – co działo się dekadę przed Warsaw Shore?

Opublikowano Maj 22, 2014 | przez Gofrey

wielkibrat

Najpierw było pytanie – kto może mieć bardziej przekichane niż Maxi Lopez (o jego losach pisaliśmy na Weszło, zapewniamy: ma NAPRAWDĘ przekichane). Potem padła odpowiedź: między innymi Ala Janosz. Wygrać pierwszy polski talent-show i zrobić mniejszą karierę niż Ewelina Flinta – przekichane. Jasny gwint, kto w ogóle pamięta jeszcze tę białogłowę?

Od razu przypomnieliśmy sobie całą śmietankę – Tomasz Makowiecki, Szymon Wydra i Ania Dąbrowska. A skoro już program „Idol”, to może jakieś kolejne reality? No proste, przecież równie popularny był mniej więcej w tym okresie „Big Brother”!

I machina ruszyła. Postanowiliśmy zorganizować sobie wieczorek wspomnień. Odpaliliśmy niezawodną Wikipedię i przenieśliśmy się do domu „Wielkiego Brata”, który na długie lata wypaczył znaczenie słowa „nominować” oraz wprowadził w repertuar kar od rodziców kolejny oręż: „zaproszenie do pokoju zwierzeń”. Pierwsze skojarzenie? Trzech didżejów, chuj wie właściwie dlaczego didżejów, tak się nazwali i finał.

„Gulczas” był bodajże harleyowcem, Florek rolnikiem, a Klaudiusz kucharzem, ale po programie ten pierwszy został jednym z prekursorów zawodu celebryty (książki, programy, film…), drugi politykiem, trzeci zaś gościem od Mango Gdynia i – zupełnie nie wiadomo dlaczego – facetem zajmującym się futbolem i ogólnie sportem.

Do dziś przewija się w środowisku, najczęściej na przeróżnych „dachach Wedla”, ale działa (działał?) też lokalnie, w samorządowych komisjach ds. sportu i tym podobnych peryferiach szeroko pojętego sportu. Wszyscy trzej porobili kariery na miarę uczestników reality show – mamy wrażenie, że Trybsony i inne Elizy z „Warsaw Shore” pójdą podobną drogą. Na Europarlament jeszcze się nie załapią, ale po debiucie u Wojewódzkiego, samorządy są w zasięgu ręki.

Dalej Manuela. Babka, której śmiech było słychać nawet kilkanaście kilometrów od Sękowina, a ktoś wyjątkowo durny w TVN-ie uznał, że głośny i donośny rechot to znakomity powód, by obsadzić ją w roli prowadzącej „Maraton uśmiechu”.

Manuela była pogodną babką z wigorem, ale po kilku sezonach wymuszonego śmiechu po sucharach uczestników kompletnie obrzydzono nam tę postać i dopisaliśmy 347. punkt do naszej listy powodów nienawiści do samego TVN-u. Aha, no i okrzyki kibiców Legii: „Manuela za Mięciela”.

Jeszcze lepiej ograno jej dzielną towarzyszkę, Małgosię, która zaczęła remontować domy. O ile pamiętamy zdobyła sympatię polskich widzów swoją bezpłciowością, więc nic dziwnego, że została w naszych wspomnieniach tą dziewczyną, która prowadziła się z Manuelą. Trochę na zasadzie „Żak i Barciś”, znanej również jako zasada „Flipa i Flapa”.

Karolina Pachniewicz i Monika Sewioło – wiadomo, młode, niebrzydkie, ale nie jesteśmy w stanie przypomnieć sobie czegoś więcej. W przeciwieństwie do Alicji, która stała się prekursorem różnorakich Rutowicz i innych równie ambitnych nazwisk w szołbiznesie. Oczywiście była bardziej rozgarnięta niż obecne idiotki, ale jak na 2001 rok szokowała w telewizji dość oryginalnym podejściem do poprawności językowej. Przypomnieliśmy sobie jej teksty na oficjalnej stronie pierwszego BB.

– To coś miałam styczność. – Mina mi się uśmiechnęła. – Myśli dziwne naszły mi na głowę. – Twarz robiłam sobie peelingiem. – Chciałabym kupować zakupy. – Stanęła mi gęsia skórka. – Każdy medal ma dwa końce. – Moje naczynia lśnią błyskiem. – Może być wszystko tylko nie mięso- może być kurczak. – Na zachodzie łatwiej zrobić karierę, bo jest tam większe uprzemysłowienie i konsumizm. – Ponadmiar jeden z drugim nie chcą się paragonować (miała na myśli „jednoczyć”). – Recyklacja śmieci…

I tak dalej. Cóż, byliśmy zaskoczeni, że było tego tak dużo.

I wreszcie on. Zwycięzca. Janusz Dzięcioł, choć bardziej adekwatne i dokładniejsze jest pozostawienie samego imienia: „Janusz”. Janusz był januszem w czasach, gdy nikt jeszcze nie używał tego sformułowania. W finałowym głosowaniu zmiażdżył konkurentów – wszak głosowały na niego nie tylko wszystkie Janusze, ale i ich żony Grażynki. Myślicie, że szydzimy? Skąd, Janusz bowiem był… jak zwykły Janusz – do rany przyłóż. Książka? Winnetou. Film? Wiadomo, „Seksmisja” i „Rejs”, plus „Sami swoi”. Rodzinny facet, nadopiekuńczy ojciec, wierny mąż. Gdyby jeszcze nie poszedł po programie do polityki, tylko został selekcjonerem reprezentacji Polski (jak każdy szanujący się Janusz), można by go żywcem przenieść do encyklopedii jako wyjaśnienie hasła.

Jak przez mgłę kojarzą nam się jeszcze jakieś „Picie” i inne tego typu wynalazki, ale gdzie im do didżejów czy Janusza. A wy? Jak to wszystko wspominacie? I bez cwaniakowania, że „nie oglądałem tego gówna”, bo przecież „cała Polska widziała”.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑