Wstydliwe przyjemności kontra gust muzyczny

Opublikowano Sierpień 18, 2013 | przez MB

modern

Rihanna, zespół Boys, Nickelback, Cher, Krzysztof Krawczyk. Istnieje społeczne zjawisko polegające na tym, że potajemnie słuchamy tego z czego ogół drwi. Kawałki wstydliwych wykonawców puszczamy na domówkach w zaprzyjaźnionym gronie, jako soundtrack do sprzątania mieszkania albo nucimy je pod prysznicem. Każdy ma jakieś guilty pleasures. Nawet jeśli się do nich nie przyznaje. Ja nie mam z tym kłopotu.

Należę do tego typu ludzi, którzy nagminnie podśpiewują. Choć właściwie nie mam pewności, czy taki typ właściwie istnieje, więc być może jestem jednym z niewielu natrętów. Po wielu uwagach ze strony znajomych, zacząłem przyglądać się swojemu zachowaniu. W jakich okolicznościach śpiewam, jak wiele wersów zapamiętuję oraz, najważniejsze, jakie piosenki nucę.

Po tygodniowych obserwacjach doszedłem do następujących wniosków. Śpiewam wszędzie: pod prysznicem, w samochodzie (jako pasażer), na zajęciach, w komunikacji miejskiej, przed komputerem (w momencie pisania tego teksu towarzyszył mi kawałek MC Hammera). Najczęściej śpiewam wyłącznie refren, co najbardziej doprowadza otoczenia do szału. W głównej mierze świadomie, bądź też nie, wybieram najbardziej kiczowate i zajechane przez radio jak motocykl przez Golloba piosenki popowych wykonawców.

Bee_Gees_154.jpg

Choć na co dzień słucham The Black Keys, Sabbathów, Tame Impala, Toma Waitsa czy Breakbot, kiedy nucę przyłapuję się na tym, że przychodzą mi do głowy przeboje Modern Talking, Bee Gees, Ronana Keatinga, Bruno Marsa, Maroon 5, Ushera albo grupy Hanson. Co więcej, od pewnego czasu mam przyjemność weekendowo wcielać się w postać „puszczacza muzyki” (bo DJ’em nie śmiałbym się nazwać) na imprezach w okolicznych klubach. Przyznaję się bez bicia, że praktycznie w trakcie każdej biby zdarzy mi się niektóre z nich przemycić. I co? Dopiero wtedy wiara maksymalnie się rozkręca.

Przykład z ostatniego piątku.

Haddaway – „What Is Love”, The Bloodhound Gang – „The Bad Touch”, Backstreet Boys – “Everybody”, Spice Girls – “Wanna Be”, Vanilla Ice – “Ice Ice Baby”, Hanson – “Mmmbop”, Britney Spears – “Toxic” – full na parkiecie. Więc może faktycznie istnieje ten typ ludzi, o którym pisałem na początku.

W samotności z kolei odczuwam dziką przyjemność bounce’ując przy niektórych kawałkach Akona, Bon Jovi, Modjo, Ushera, Nelly’ego oraz Pink. Na imprezach nie mam problemu z szalonym tańcem do Macklemore’a, Eltoa Johna, The Black Eyed Peas albo Jamala.

Wszystko jest kwestią odpowiedniego podejścia, poczucia humoru oraz dystansu do własnej osoby. W odróżnieniu do wielu ludzi, nie mam z tym żadnego problemu. Proste, rytmiczne numery o tym, że w życiu jest fajnie, że alkohol się leje i wszyscy dobrze się bawią mają swój urok. Trzeba tylko zerknąć na nie przez pryzmat pewnej konwencji.

Przecież najlepsze domówki to te tematyczne. W stylu lat 60., 90., pin up, disco polo (jak wesele jest udane, to i przy „Majteczka w kropeczki” da się poskakać”). Wszyscy się przebierają, słuchają przebojów z „Grease” i mają gdzieś swój codzienny gust muzyczny.

Słuchacz o otwartym umyśle jest w stanie świadomie rozgraniczyć muzyczne preferencje od zabawy popkulturowymi symbolami. Bez napuszania się. Jestem święcie przekonany, że miłość do Radiohead można pogodzić ze słabością do Kajagoogoo. Będąc fanem twórczości Grizzly Bear równolegle można tańczyć do Eurythmics, można zachwycać się subtelnością Damiena Rice’a, a zaraz potem nad głową układać „Y.M.C.A”.

Komentarze


Tagi: , , , , , , ,



Back to Top ↑