Wszyscy się od wszystkich poodgradzajmy, żeby nam czasem nie podrzucono śmieci

Opublikowano Marzec 24, 2014 | przez Gofrey

To było jakieś dziesięć, może piętnaście lat temu. Poruszanie się po osiedlu było wówczas czystą przyjemnością, jeśli cel był oddalony w linii prostej o 120 metrów, to prawdopodobnie po 150 krokach byłeś na miejscu. Potem zaczęło się stawianie ścian, płotków, murków i barierek. Jeden blok się odgrodził, ze 150 zrobiło się 200 kroków. Potem pierwsza brama na kłódkę. Druga na kłódkę. Za każdym razem tłumaczenia były dość przekonujące – mamy swój parking, mamy garaże – chcemy to sobie ogrodzić.

Okej.

Następni chcieli mieć spokój, bo w bramie to wiadomo, zawsze ktoś stoi, zawsze ktoś pije, a niekiedy również wykonuje inne czynności fizjologiczne. Okej. Grille, komórki pod ręką, wszystko zagrodzone – git. Niech będzie. Co prawda przejście przez osiedle zaczęło przypominać slalom, ale po pierwsze argumenty momentami dotykały logiki i miały choć trochę sensu, po drugie zaś nie wyglądało to jeszcze na początek zbiorowej histerii i paranoi. Problem zauważyłem dopiero teraz, gdy odgrodzono śmietnik, po to by… wydłużyć drogę do jego wlotu dla osób zamieszkałych w sąsiednich kamienicach.

Nie wiem czy nadążacie, więc rozbiję to na części dotykając jeszcze innego problemu – zamykania śmietników na kłódkę. Zaczęło się właśnie od tego – to spore blokowisko, jest kilkanaście budynków, kamienice wymieszane z powojennymi ceglastymi gmachami, a nawet wielką płytą, więc siłą rzeczy i śmietników było zatrzęsienie. Ludzie – kurwa, jakaż to niespodzianka – chodzili tam, gdzie było im bliżej i ta zbrodnia okazała się być prawdziwym otwarciem Puszki Pandory.

„Panie, idź pan wyrzucać do siebie te śmieciuchy” versus „kobiecino, tylko butelkę wyrzuciłem”. No i wystartowało… Każdy śmietnik zamienił się w małą twierdzę z zamkiem oraz blaszanym odgrodzeniem od świata. Szybko pokryły je tagi domorosłych grafficiarzy oraz napisy mówiące to i owo o jednym z łódzkich klubów, ale gorszy był inny efekt kompletnie zignorowany przez architektów tego cudownego rozwiązania.

Góry śmieci pod drzwiami. Ludzie nadal wyrzucali tam, gdzie było im bliżej, tylko zamiast do kubłów – przed te ufortyfikowane budowle, w których ukryto kontenery z odpadami. Mieliśmy więc burdel, frustracje i nieestetyczne blaszaki między blokami, ale okazało się, że to dopiero początek paranoi. Posłużę się rysunkiem schematycznym (#JacekGmoch).

blok

Tak. Dobrze odczytujecie. Postawiono te zielone zasieki, po to by mieszkańcom górnej kamienicy wydłużyć o jakieś 10 metrów drogę do śmietnika. Ludźmi proponującymi to rozwiązanie kierowała wiara, że zniechęceni mieszkańcy zaczną wreszcie wrzucać śmieci do własnych kontenerów zamiast podrzucania ich do sąsiadów.

No kurwa.

Jesteście w stanie w to uwierzyć? Płot, stawiany po to by wydłużyć sąsiadom drogę do śmietnika? Przecież to paranoja, a co najgorsze, to jeszcze nie jest ostatnie słowo, bo w tym tempie niedługo sąsiedzi będą odgradzać się płotami na klatce schodowej, a w finalnej wersji od każdego mieszkania popłyną ogrodzone blachą korytarze do jedynej słusznej „bazy” (z monitoringiem i alarmem), w której wreszcie będzie można prawilnie wyrzucić własne śmieci.

Czasem jestem zaszokowany tym, jak ludzie potrafią komplikować sobie życie. A to odgradzanie się wszystkich w końcu odbije się czkawką, gdy po sól będziemy zapieprzać do hipermarketu. Do sąsiada byłoby bliżej, ale jebnął sobie płot do samego Watykanu, żeby nikt mu nie zabrudził wycieraczki pod drzwiami. Niemożliwe? Też tak myślałem, dopóki nie powstał ten zakichany płot. Milczący pomnik postępującej alienacji w naszym społeczeństwie.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑