Wszystko żywe, naturalne i na wyciągnięcie ręki. Pójście do teatru to zajebista sprawa

Opublikowano Październik 15, 2013 | przez Drysus

SZALONE NOZYCZKI

Lubicie poczuć się ważni? Na pewno lubicie. Każdy lubi. To miłe uczucie, gdy czujesz na sobie ciepłe i serdeczne spojrzenia otaczających cię ludzi. Czasami będące nawet oznaką jakiegoś rodzaju podziwu. Zdarza się – rzadko, ale jednak. I każdy z nas to uwielbia. Dziewczyny też. Faceta wyzwie oczywiście od zboczeńców, jak się tylko za szczupłymi nóżkami i fajnym tyłeczkiem odwróci, ale sama czerpie z takich spojrzeń niesamowitą satysfakcję. „Wyglądam dobrze, jestem atrakcyjna i ludzie to widzą”. No, i tak właśnie… wybrałem się do teatru.

Nie dlatego, żeby poczuć się fajnym, bez przesady. Wybrałem się do teatru, bo to miejsce inne niż wszystkie. W niczym nie przypomina kina. Kręgielnia się chowa. Bilard odchodzi do lamusa, a restauracja – choćby podawała najlepsze jedzenie – jest przy nim żałośnie oklepana. Teatr i jego niepowtarzalna atmosfera. Atmosfera święta. Czegoś kompletnie oderwanego od rzeczywistości. I nie do podrobienia. Czegoś naprawdę wyjątkowego.

Rzadko chodzę do teatru i mam o to do siebie wielki żal. Fakt, wyjście z dziewczyną do kina (50 złotych) znacznie różni się od szturmu na deski poważnego teatru (150-250 złotych) i to jest spory problem, ale mimo wszystko – mam do siebie żal. Teatr jest czymś niepowtarzalnym. Sztuką niesamowicie skomplikowaną, taką… realną. Są oczywiście zapamiętane kwestie i wyuczone gesty. Żaden krok nie jest postawiony bezcelowo. Mimo to jest GRA – tu i teraz. Nie do podrobienia, nie do przewidzenia i nie do powtórzenia w razie pomyłki. Gra. I właśnie dlatego teatr zostawia najbardziej dochodowe hollywoodzkie filmy daleko, daleko w tyle.

Być może tak to wszystko widzę, bo miałem kiedyś okazję w prawdziwym teatrze zagrać. Raz, na jakimś przeglądzie teatrów amatorskich, ale przeżycie było niesamowite. Ciemność przed oczami (aktor zazwyczaj nie widzi publiczności) – tylko ja i aktorzy na scenie. Moje słowa, gesty, mimika. Moje ruchy, sceniczny charakter i gra. A nade wszystko… improwizacja.

– Jeszcze nie byłam na sztuce, w której nie byłoby pomyłek – powiedziała mi kiedyś pewna aktorka i krytyk teatralny w jednej osobie. I dodała: – Sęk w tym, że nie masz prawa się zorientować, że coś poszło nie tak.

Wybrałem się na komedię „Szalone nożyczki”. Tak, wiem, że weszła na deski teatrów jakieś 4 lata temu, ale jak wspominałem na początku – rzadko chodzę. Moje wyobrażenie o teatrze zawsze było takie same – faceci odstrzeleni w garnitury i najlepsze koszule, a kobiety przystrojone w piękne suknie i na szpileczki. Tak to wyglądało kiedyś. W mojej głowie. A dziś? Dziś jest inaczej.

Nadal przypadkowy przechodzień mógłby pomyśleć, że w drodze do galerii zabłąkał się przy jakimś kościele w Boże Ciało, ale to już nie to samo. Garnitur? Na całej sali zauważyłem dwa. Szpilki i suknie? Może z pięć razy zawiesiłem oko. O wstydzie i obciachu nie może być mowy. Słyszałem, że jakiś gość w kolorowym dresie bawiąc się telefonem powiedział ostatnio do reportera, że do teatru powinno się ubierać „wygodnie”, ale takich prawdziwków nie było.

Dominowały stroje eleganckie – raczej 30. rocznica ślubu rodziców niż wyjście na zakupy do Tesco. Zmiana w ubiorze nie była trudna do przewidzenia, więc bez garnitura wcale nie wyglądałem jak dziwak. Nie zaskoczyła mnie też średnia wieku na widowni. 40-50 lat.

Sam spektakl? Bardzo przyjemny. Jacek Łuczak w roli Antoniego Wziętego pozamiatał. W ogóle grę aktorską oceniam na wysokim poziomie, choć wspomniana wcześniej znajoma aktorka pewnie wygarnęłaby zły akcent na przedostatnie sylaby i żenująco dopasowaną mimikę twarzy do uczuć wyrażanych w konkretnym momencie – fajnie, że ja mogę jeszcze pójść do teatru, a ona już tylko na sztukę.

O, idąc do teatru musicie pamiętać o najważniejszym – pewne zachowania w teatralnej rzeczywistości nie mają racji bytu. Nie mówię o stroju, rozmowach czy telefonach – oczywistość. Choćby jednak komedia była naprawdę najwyższych lotów i choćbyście pękali ze śmiechu od kolejnych żartów, musicie zachować pewien umiar. Walenie pustą butelką po kupionym w przerwie napoju w krzesło sąsiada czy głośne „Tonio, rewelacjaaa!” wydobywające się z głębi sali nie ma prawa istnieć. Teatr, to nie ulica. Klasa musi być.

Szczerze? Pójście do teatru to zajebista sprawa. Sorry, ale inaczej ująć się tego nie da. Prawdziwi aktorzy, prawdziwa scena, prawdziwe kwestie – wszystko żywe, naturalne i na wyciągnięcie ręki. Nic odrealnionego. Tu i teraz. Ty, ubrany gustownie i z klasą, odbierający od swojej kobiety płaszcz. Jesteś panem sytuacji. Kobieta czuje, że jest dla ciebie najważniejsza (ha, przecież zawsze tak czuje!), a przepięknie wystrojona czuje na sobie gorące spojrzenia męskiej części sali. Siadacie przed sztuką jak do uroczystej kolacji. Ty, Ona i wykreowana za moment na scenie zupełnie nowa rzeczywistość, której dajecie się porwać…

Tak, następnym razem nie pozwolę teatrowi tak długo na siebie czekać.

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑