Wyłaź stamtąd, czyli absurdalna historia z Polskiego Busa

Opublikowano Styczeń 14, 2015 | przez MB

DSC_0965

Jak wiadomo w Polskim Busie potrafią dziać się rzeczy najdziwniejsze i najbardziej niewygodne. Przewoźnik już dawno stracił swoją nieposzlakowaną renomę i ma tyle samo wrogów, co zwolenników. Ja jestem z tego pierwszego obozu.

Dla wysokich osób kilkugodzinna podróż czerwonym autokarem to sport ekstremalny. Ciasno, wąsko, nisko, a kible to nawet w samolotach mają większe. I choć kusi mnie, by w tej historii trochę więcej ponarzekać na Polskiego Busa, to jednak tym razem będzie o nieprzeniknionym umyśle jednego z „pasażerów” i trochę o wątpliwej sprawności, z jaką działa polska policja.

Do zdarzenia doszło na trasie Wrocław-Warszawa. Początek podróży standardowy: lokowanie bagażu, sprawdzanie kodu rezerwacji, wręczenie obowiązkowego zestawu herbatniki-bułka-soczek. Oczywiście ludzie tłoczą się jak za komuny, mimo że każdy miejsce ma z góry zapewnione. Siedzę. Autobus rusza, wszystko git.

Po dwudziestu minutach kierowca zapala światło w kabinie, autokar staje na awaryjnych.

– Nie domykają mi się drzwi od luku bagażowego – słyszę, bo akurat siedzę nad kabiną.

Kierowca wychodzi na zewnątrz. Teoretycznie domknięcie drzwi do bagażnika wraz z powrotem powinno zająć kilkanaście sekund. Kierowcy nie ma kilka minut. W końcu wraca, ale nie sam.

– Skurwiel schował się w bagażniku, ja pierdolę – zdaje relację kierowca.

– Co?! – pytają z niedowierzaniem pasażerowie.

– Normalnie, staliśmy na światłach koło ul. Kościuszki, wszedł między dwa autobusy i wjebał mi się do bagażnika. Widziałem go, ale nigdy bym nie przypuszczał, że jakiś pajac będzie chciał zrobić coś takiego. Bezpośrednio z dworca, ok, ma to jakiś sens, ale prosto z ulicy? Oszołom jakiś!

Rozumiecie? Koleś wpakował się do bagażnika! Pasażer na gapę pełną gębą. Szok.

Przyłapany na gorącym uczynku gapowicz tłumaczył się, że jest na zasiłku, że nie ma pieniędzy i nie wie co robić. Na pytanie o to, dlaczego wszedł do bagażnika odpowiedział, że… nie wie, nie ma pojęcia po co, ale nie chciał nikogo okraść. No i nie okradł, wszystko zostało w walizkach. Był lekko zamroczony, zawiany i autentycznie przestraszony. Na tyle, by nie czekać na przyjazd policji. Zwiał.

Podróż została opóźniona o ponad godzinę, choć komisariat był dziesięć minut od miejsca zdarzenia. Niestety, smerfom za bardzo się nie spieszyło.

W międzyczasie kierowca znalazł w luku bagażowym… portfel, który wypadł włamywaczowi. W środku oczywiście był dowód osobisty, który został przekazany funkcjonariuszom.

– Będzie okazja żeby się wykazać, panowie policjanci – skomentowała dowcipnie jedna z pasażerek.

Gdy już przyjechali, sprawę załatwili szybko. Obczajka bagażu i komunikat do pasażerów:

– Po zakończeniu podróży proszę dokładnie sprawdzić bagaże. Jeśli komuś coś zginęło, musi się zgłosić na pobliską komendę we Wrocławiu. Takie mamy przepisy.

Czyli innymi słowy:

– Jeśli komuś coś zginęło, i tak chuja znajdziemy.

Reszta podróży przebiegła bez problemów.

Komentarze


Tagi: , , , , , , , ,



Back to Top ↑