Wypowiedzieliśmy wojnę listonoszom i kurierom na całym świecie…

Opublikowano Luty 22, 2015 | przez lucky bastard

5b7f9ad0068d92a439ac57e7f87022a1,640,0,0,0

 

Jakiś czas temu wpadł mi w ręce wywiad z Rafałem Brzoską. Krakusem z pochodzenia, milionerem, przedsiębiorcą. Pamiętam, że opowiadał m.in. o tym, jak śmieszą go rankingi najbogatszych, bo „ważne jest to, co się ma w portfelu, a nie na ile wycenia twoje firmy giełda”. Mówił jak to wciąż pracuje po 15-16 godzin dziennie, a zarobek, który idzie w kolejne miliony, nie jest już dla niego celem samym w sobie. Chciałby, żeby polska firma – ale polska tak od początku do końca – mogła stać się kiedyś wielką marką. Wręcz globalną, rozpoznawalną na wszystkich kontynentach.

No, taka typowa gadka – pomyślałem. Każdy powie, że kasa go nie interesuje, że on chce tylko robić wielkie rzeczy i można mu wierzyć albo nie. Ale faktycznie, z tą globalną marką u nas jakoś słabo.

Jak się już czegoś naprawdę dorobimy, jakiś prywatny polski przedsiębiorca osiągnie sukces na krajową czy wręcz europejską skalę, to prędzej czy później łapę na ten biznes i tak kładzie ktoś znacznie potężniejszy z zagranicy. Pomysłodawca mówi: „ok, poproszę 15 milionów euro i wypisuję się z interesu”. I tak polska firma nagle staje się zachodnią, amerykańską, azjatycką… I tak dalej, i tak dalej.

Czytam, że nie mamy się czego wstydzić, bo na przykład… Amica jest dziś topową marką w Rosji. Ursus – to kolejny przykład – nie tylko wstaje z kolan, ale wygrał wielomilionowy przetarg… w Etiopii. No pewnie, że nie mamy się czego wstydzić. W to, że paru łebskich ludzi w tym kraju jednak żyje i robi coś innowacyjnego, trudno wątpić. Wiele mamy takich produktów, które gdzieś tam za granicą funkcjonują – oczywiście pod angielskim logo – i nawet gdy z ich usług korzystamy, to tak naprawdę nie mamy pojęcia skąd pochodzą. Prosty przykład, tak na marginesie. „Nozbe”. Jest sobie na rynku taki produkt – nazwijmy go organizerem. Aplikacją do zarządzania czasem, projektami. Sam znalazłem ją na amerykańskim blogu. W Japonii piszą o niej książki, a tymczasem ona polska, nasza. I tu przez te siedem lat od podstaw robiona.

Ale to przecież ciągle „mikrobiznes”. A my tu o globalnych markach. Albo choć aspirujących.

Nie przypadkiem zacząłem od Rafała Brzoski. Wpadła mi ostatnio w ręce informacja, że polskie paczkomaty, przez Brzoskę właśnie wymyślone, biją rekordy popularności. Że cała sieć w ciągu roku rozrosła się o blisko sto procent i jest już cztery razy większa niż była jeszcze w 2012. Pomyślcie, paczkomaty. Facet zaczynał od roznoszenia ulotek i zaśmiecania korytarzy w blokach. Później wymyślił coś, co nawet nie miało być projektem o ogólnopolskiej skali. I tak to w końcu pięknie odpaliło, że nie może się za trzymać.

Przez lata byli sobie kurierzy, listonosze i nagle ktoś wpadł na pomysł, żeby doręczać przesyłki do takich publicznych skrzynek, ustawionych od siebie w odległości mniej więcej kilku kilometrów. Nie dość, że jest taniej, nie trzeba czekać na kuriera, zastanawiać czy ktoś będzie w domu, to jeszcze można odebrać taką pakę z najbliższego punktu o dowolnej porze, nawet w środku nocy. Zresztą, nie róbmy z tego tekstu jakiejś kryptoreklamy firmy (o niewymienionej jeszcze nazwie), bo chodzi bardziej o zjawisko, ciekawostkę – że te nasze polskie skrytki nagle rozlewają się na cały świat, na pięć różnych kontynentów. Może sobie z nich skorzystać Saudyjczyk w turbanie i Kolumbijczyk z Bogoty. Australijczyk, Kanadyjczyk, Malezyjczyk. Imponujące, prawda?

Sześć tysięcy kolejnych terminali w drodze. Daleko temu jeszcze do globalnych marek, jakie w pierwszej kolejności przychodzą nam do głowy. Ale ciekawe, że już teraz Brzoska deklaruje, że nigdy z tego interesu się tak po prostu nie wypisze. Że gdziekolwiek ten swój produkt wyeksportuje, zawsze będzie na nim małe logo z flagą Polski.

Komentarze


Tagi: , , , , , , ,



Back to Top ↑