Z cyklu podróże kształcą: w pociągu PKP jak w kiblu

Opublikowano Listopad 17, 2014 | przez lucky bastard

m6Eufwv

W weekend po raz pierwszy od wielu lat przejechałem się pociągiem PKP Intercity, na odcinku Warszawa-Kraków. Wspomnienia z tego typu podróży zawsze miałem dobre – niedrogo, szybko i wygodnie. Mogę nawet powiedzieć, że cieszyłem się na ten wypad. Plan był prosty i zakładał przejazd na pełnym luzie. Bez zbędnego wysiłku, jakim bywa podróż samochodem oraz tej całej spiny związanej z przedzieraniem się przez lotniskowe systemy bezpieczeństwa. Piwo w Warsie, a później fajna książka lub słuchawki na uszach i wgapianie się w zmienny krajobraz.

Brutalne zderzenie z rzeczywistością nastąpiło błyskawicznie, bo już przy zakupie biletu. I nie mam tu nawet na myśli awarii systemu po uruchomieniu sprzedaży na Pendolino. W stosunku do tego, co zapamiętałem, warunki podróży uległy drastycznej zmianie, i to niestety na niekorzyść podróżnych. Grubo ponad sto złotych za bilet? Cztery godziny jazdy? Wzrost cen jeszcze idzie zrozumieć, ale nie ekspres wlekący się niczym pociąg podmiejski.

Jedyne, co od lat nie uległo zmianie, to wymówki. Remont torów. Szkoda tylko, że na ten czas nie wyremontowano również cen. Mniejsza z tym, pomyślałem. Płacę nie tylko za szybkość przejazdu, ale też za komfort. Albo przede wszystkim za komfort. Czysty i elegancki przedział, kulturalni współpasażerowie – którzy tak jak ja wyłożyli prawie półtorej stówy – oraz miejscówka tuż przy oknie. Uznałem nawet, że dłuższy pobyt w pociągu wcale nie musi oznaczać czegoś złego.

Perspektywa nieco zmieniła się, kiedy znalazłem się już w swoim przedziale. Okno, przez które miałem oglądać zmieniający się świat, wyglądało jak szyba w drzwiach od kibla. Mleczne szkło. Jedyne co było przez nie widać, to że na zewnątrz jest dzień. Przetarcie w niczym nie pomogło, bo zaparowane – lub w inny sposób zapaskudzone – było od środka. I specjalnie nie udobruchał mnie fakt, że jedynym przedziałem, którego dotyczył problem, był ten, w którym siedziałem.

f9bgDwh

Dobra, jakoś to jeszcze przeżyłem. Tak samo jak fakt, że w Warsie nie było gdzie usiąść, a korytarze były pełne ludzi. Została mi jeszcze książka. Ledwo zacząłem czytać, a do przedziału wbiło pięciu tak zwanych Erasmusów, a konkretnie – jak później udało mi się ustalić – Szwed, Szwajcar, Anglik, Hiszpan i Włoch. Mogłoby się wydawać, elita. Ambitni studenci z pięciu wysoko rozwiniętych krajów. Kwiat europejskiej młodzieży.

Ów kwiat miał jednak dość specyficzną woń. Cuchnął wczorajszą imprezą, przetrawionym alkoholem i szeroko pojętym brudem. Fajnie, że młodzi ludzie zdążyli się pobawić, szkoda tylko, że zabrakło im czasu na kąpiel. Pociąg ruszał tuż po dziesiątej rano, więc żeby na niego zdążyć, nie można było tracić czasu na zbędne czynności związane z higieną. W końcu kolejne polskie miasto czekało na ich przyjęcie.

Szybko okazało się też, że niepotrzebnie zostałem w przedziale z mleczną szybą, bo mogłem sobie usiąść gdziekolwiek indziej. Tak, jak zrobili to zagraniczni studenci, którym ponoć ktoś inny też zajął miejsca. Chociaż prędzej uwierzę, że nie potrafili odnaleźć swojego przedziału lub zwyczajnie coś popieprzyli. W każdym razie usiedli sobie gdzie chcieli i odmówili przesiadki, nawet kiedy pojawili się podróżni z konkretnymi miejscami wybitymi na bilecie.

Konduktor, który po angielsku mówił w stopniu „e lityl byt”, nie był w stanie podjąć jakiejkolwiek interwencji. Podróżnym, których roszczenia były przecież zasadne, zaproponował wybór innych, niezajętych jeszcze miejsc. Tym samym odpuścił zagranicznej ekipce, która poczuła się jeszcze pewniej. Nie minęła chwila i zacząło się przekrzykiwanie, śpiewy, a Anglik – jak to Anglik – zaczął się rozbierać. A jakiś czas później puścił śmierdzącego bąka, przy akompaniamencie dzikiego śmiechu kolegów.

To, że nie doszło między nami do rękoczynów, można nazwać cudem. Kiedy jeden z nich skoczył do Warsa po śmierdzącą cebulą jajecznicę i pięć piw, postanowiłem opuścić przedział. Uśmiechnąłem się tylko na myśl o swoich oczekiwaniach w stosunku do współpasażerów. Czasy, w których wsiowe głupki nie mogły sobie pozwolić na bilet za 150 złotych minęły, odkąd Polska mocno otworzyła się na zagranicznych turystów.

Dziś dzięki programowi „Erasmus” zaroiło się u nas od różnego rodzaju synów farmerów i córek ekspedientek z bardziej rozwiniętych krajów. Ci ludzie, korzystając z unijnego stypendium oraz wydając pieniądze rodziców, czują się w Polsce jak królowie życia. Stać ich na wszystko, a gdziekolwiek pójdą, mają 2-3 razy taniej niż u siebie. Jedyna bieda, jaką reprezentują, to ta intelektualna.

Wracając do pociągów: dziś nawet kupno biletu w pierwszej klasie nie gwarantuje towarzystwa z klasą. Przypuszczalnie nie gwarantuje też czystych szyb oraz zaradnych konduktorów. Jest trochę jak zakup kota w worku. Rzecz jasna da się przejechać bezproblemowo, ale zawsze istnieje ryzyko zaliczenia takiej podróży, jak moja.

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑