Z cyklu poweekendowe historie. Ta zupełnie inna niż wszystkie…

Opublikowano Grudzień 10, 2013 | przez Mlody

walizka

Piłkarska szatnia po meczu akademickiej ligi halowej. Siedlisko zła, szydery i niezbyt wysublimowanych żartów. Miejsce, w którym stężenie „kurew” na metr kwadratowy zawstydziłoby nawet Liroya.

Dziesięciu kumpli, zbliżonych wiekiem, a także poczuciem humoru. Jak co tydzień obowiązkowa licytacja pod tytułem: czyja historia z melanżu jest lepsza. Jeden dostał po głowie od Hiszpana z Erasmusa w miejscu, gdzie dzień wcześniej 36-letnia nimfomanka wraz z siostrą obiecała jemu oraz jego bratu postawić wódkę i nie tylko. Drugi zaparkował auto pod komendą, żeby dmuchnąć w alkomat i sprawdzić, czy już może prowadzić. Absurd goni absurd, w tle oczywiście kilka litrów wódki. Bardziej Warsaw Shore niż konkurs recytatorski, jakby nie patrzeć.

Taki urok. Im mniej opowieści pasują do rzeczywistości, tym lepiej. Lecą – pierwsza, druga, siódma. Nagle głos zabiera najstarszy z paczki, Fifi, który niedawno otworzył salon urody dla pań. Jako jedyny w weekend nie tankował, bo w ciągu dnia musiał nadzorować prace wykończeniowe, natomiast później – aż do białego rana – być bohaterem w swoim domu, montując meble.

– Czyją cipkę ogoliłeś? Przyznaj się! – głos szatni próbuje dociec, co będzie tematem anegdotki, która miała przebić wszystkie poprzednie, ze względu na absurd właśnie.

– Nic o dupach, alkoholu czy kokainie. Mojej przyjaciółce, która „rozdziewiczyła” nowy lokal, w czwartek zdechł pies… – zaczyna narrację brzmiąc równie interesująco, co dżingiel kolejnego odcinka „Barw szczęścia”.

– A propos psów, to wczoraj przyszli, że niby za głośno byliśmy – przypomniało nam się.

– To, kurwa, nie był zwykły pies, gamonie – strofuje nas stanowczo Fifi. – To był w chuj wielki pies. Po prostu bydlak, najprawdziwszy bydlak. A ona, ta właścicielka, mieszka w centrum, więc nie miała co z nim zrobić. No bo jak to, zakopie go pod blokiem? W takich sytuacjach nigdy nie wiadomo, jakie rozwiązanie jest najlepsze. Ale poradziła się jakiegoś znajomego z SGGW, kogoś, kto obiecał przechwycić zwłoki, jeżeli tylko je sama przywiezie. Auta nie ma, głupio prosić o pomoc, dlatego musiała coś wykombinować, żeby tego bydlaka zabrać w ostatnią podróż – opowiada coraz bardziej wczuwając się w rolę. Wszyscy cicho. O ile sam zdechły pies nie za bardzo zwiastuje niebywałą historię, to perspektywa przewiezienia „ciała” środkami miejskiej komunikacji – z metrem na czele – już tak. Zdecydowanie tak.

Fifi kontynuuje: – Nie jest łatwo o dyskrecję, bo ona drobna, a przecież go nie pokroi, to nie jest skwierczące mięso na kebab, no i nie będzie przecież co dzień wynosić innej łapy. Ostatecznie padło na największą walizkę podróżną. Owinęła bydlaka folią, włożyła do środka – i pyk, zamknięte.

Nie jest zła z twarzy, maszerując do metra raczej wyglądała na fajną turystkę, a nie łowczynię skór. Weszła do podziemia. Akurat, a jakże by inaczej, nie działały ruchome schody, w związku z czym ucieszyła się, że jakiś gość zaproponował jej zniesienie kilkudziesięciokilogramowej walizki. Żeby uniknąć pytań typu”Ale ciężkie, co tam pani trzyma, męża?”, postanowiła sprytnie wbić wzrok w telefon. Schody się kończą, ta podnosi głowę, ale nie ma ani gościa, ani… walizki – urywa anegdotę.

Koleś przechwycił towar. Zajebał i spierdolił. Nie wiem, czego się po swoim łupie spodziewał, lecz chyba sami przyznacie, że kiedy już sprawdził, co jest w środku – cóż… Miała być elektronika, ewentualnie coś ciężkiego, a jest pies. Zdechły pies. Trochę śmiech przez łzy. Jeżeli ten gość w złodziejskim fachu dopiero stawia pierwsze kroki, lepiej niech od razu przestanie, bo ze szczęściem to on się rozminął całkowicie.

I tak sobie na koniec głośno myślę: jak dziwnym uczuciem jest myśl, że ukradziono ci zwłoki psa. W walizce. W metrze. Tego bydlaka, który wiernie służył przed minione kilkanaście lat, który merdał ogonem i zawsze śmigał z językiem na wierzchu…

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑