Za co kocham naszą piłkarską ekstraklasę

Opublikowano Kwiecień 8, 2014 | przez Dżordż

80bw7

W 2014 roku zdarzyło mi się obejrzeć trzy spotkania naszej ligi ze znajomym z Niemiec.

– Ta wasza ekstraklasa nie porywa, nie ma co porównywać jej do Bundesligi – podsumował kolega. Gdy tylko usłyszałem te słowa, gwałtownie zaprotestowałem. Owszem, lidze można zarzucić wiele: niski poziom sędziowania, kopania piłki, trenowania, ale żeby mówić, że „nie porywa”? Bitch, please.

Nasza ekstraklasa rzuca kibiców na kolana, i to z wielu względów. Jako że Wyszło czytają nie tylko fani kopanej, ale i laicy, postaram się w przystępny sposób wytłumaczyć także im, co jest w niej aż tak niezwykłego.

–  tylko tu z powodzeniem funkcjonuje człowiek zmieniający kluby częściej niż przeciętny obywatel kupuje nowe jeansy – Michał Probierz. Gościu od 2011 roku pracował w… sześciu miejscach. Drogi PR managerze, droga sekretarko, przyznacie sami, że aż tak często to nie zdarza się wam zmieniać roboty, prawda?

– tylko u nas jest możliwe, żeby z opaską kapitańską wybiegał na boisko mający mleko pod nosem 20-latek – Radosław Murawski z Piasta Gliwice. Zostać w tym wieku „szefem” drużyny to coś jakby w pierwszym roku pracy w agencji reklamowej, tuż po studiach, zrobić kampanię, o której mówi cała Polska, od Ustrzyk Dolnych po Szczecin.

– tylko tu występuje aż taki profesjonalizm – po jednym z wygranych meczów Legii wpadłem niedawno w lanserskim, stołecznym klubie Delite na Miroslava Radovicia. Ludzie wokół pili, skakali, tańczyli, a Serb stał spokojnie przy barze i raczył się wodą (a nie wódą!) z cytryną. Nie wiem tylko, czy rozgrywał jeszcze skończone kilka godzin wcześniej spotkanie w myślach, czy też było mu smutno, że wszyscy poza nim walą drinki, ale to nieważne. Istotne, że nie uległ alkoholowej pokusie. Wyobrażacie sobie takie samo zachowanie u jakiegoś celebryty-muzyka po udanym koncercie? No właśnie.

– tylko tu w ludziach zachodzi tak wielka wewnętrzna przemiana. Gdy kilka lat temu pisałem tekst o gejach w światowej i polskiej piłce, skontaktowałem się z byłym zawodnikiem Grzegorzem Mielcarskim. Kiedy zdradziłem mu temat artykułu, wściekł się. Uznał, że dzwonie do niego, ponieważ domniemuje, że jest pedziem. A teraz? To zupełnie inny człowiek, który nie tak dawno napisał na łamach PS coś takiego: „Czasem myślę, że każdy z nas choć na jeden dzień powinien zostać gejem. Tylko po to, by poczuć ten problem. Inaczej pewnie nigdy do końca tego nie zrozumie.”

Od czasu gdy Jacek Soplica stał się księdzem Robakiem, nie widziałem taki spektakularnego przeistoczenia.

– tylko w polskiej lidze zdarza się, aby 39-letni nałogowy palacz, nie mierzący nawet 180 cm wzrostu, nadal był czołowym defensorem, przed którym drży 90% napastników. Pamiętacie słynnego Holendra Patrika Kluiverta? Facet skończył karierę wieki temu, a przecież i tak jest ROK młodszy od Marcina Malinowskiego z Ruchu Chorzów.

Aż strach pomyśleć co by było, gdyby ten Matuzalem tyle nie jarał.

– tylko w pięknym nadwiślańskim kraju jest możliwe, żeby zawodnik pokroju Dariusza Łatki rozegrał ponad sto spotkań na najwyższym szczeblu. W każdej innej lidze trener odpaliłby go już po grze w dziadka uznając, że oto jakiś rodzimy Szymon Majewski właśnie wkręca go w „Mamy Cię!” wysyłając na zajęcia komika. U nas szkoleniowcy nie działają jednak tak pochopnie. Zanim kogoś definitywnie skreślą, muszą go bardzo dobrze przetestować. Dlatego wnikliwie sprawdzają tego biednego Darka już szósty sezon w ekstraklasie.

Czasem mam wrażenie, że chłop nie ma serca powiedzieć trenerowi, że liga to jednak dla niego za wysokie progi. A że i szkoleniowcy to serdeczni ludzie, którzy nie chcą niszczyć piłkarzom psychiki tekstami typu „nie nadajesz się do gry”, to ta wzajemna bez słów rozmowa trwa i trwa, a jej końca nadal nie widać.

Dla laików: promować Łatkę od tak dawna w świecie profesjonalnego futbolu to jakby od lat wydawać regularnie płyty Michała Milowicza. Każda z nich byłaby coraz gorsza i gorsza, ale producent klepałby go po ramieniu i mówił: nic to, nie przejmuj się, śpiewaj dalej.

– tylko tu ludzie odkrywają w sobie talenty, o istnieniu których sami siebie wcześniej nie podejrzewali. Przykład? Zanim Jan Kocian został trenerem Ruchu Chorzów i wywindował ten zespół na trzecie miejsce w tabeli, był tak nieutytułowany w zawodzie, że mało kto w branży w ogóle nazywał go w prywatnych rozmowach szkoleniowcem. A teraz? Facet stał się na Śląsku niemal Bogiem.

Dla laików: ze znanych Polaków, którzy zaczęli robić karierę w podobnym wieku co Kocian, przychodzi nam do głowy tylko aktor Marian Dziędziel.

– nigdzie indziej nie ma tak dramatycznych wahań formy u głównych bohaterów widowiska. Wiadomo: aktorzy, muzycy czy tancerze przeważnie trzymają równy poziom, nawet jeśli zdarza im się występować na kacu czy w stanie lekkiego narąbania. A piłkarze? Mimo że zawsze (prawie) grają trzeźwi, miewają upadki straszliwe, godne greckiej tragedii. Weźmy takiego Pawła Brożka z Wisły Kraków: do 21 kolejki ligi chłop szalał, strzelił w tym czasie 12 goli. A teraz? Dno dna: nie może się przełamać już od – uwaga, uwaga – 791 minut! Coś strasznego, zupełnie jakby Panasewicz dostał platynową płytę, a miesiąc później nie był w stanie zaśpiewać na koncercie choćby jednego utworu, bo dostałby demencji i zapomniał wszystkich słów.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑