Za mną najgorszy z pierwszych razów w życiu: w operze

Opublikowano Luty 16, 2014 | przez Dżordż

opera

Nieśmiało wychylam się przez balkon. Nie jest za wysoko, niestety. Czyli jeśli skoczę, nie zabiję się, a tylko połamię. Nie ma więc sensu podejmować samobójczej próby…

Mówią, że pierwszy raz zawsze boli. W łóżku, ponieważ jako niedoświadczony kochanek nie potrafisz jeszcze regulować tempa. W siłowni gdyż możesz przygnieść sobie stopę hantlem albo załapać zajebiste zakwasy następnego dnia.

Powinienem był o tym wszystkim pamiętać kiedy wybrałem się na debiutancką operę. Powinienem był mieć świadomość, że nie ma czegoś takiego jak szczęście debiutanta.

Niestety, ja naczytałem się pierdół o tym jak fajnie jest słuchać z perspektywy widowni tych wszystkich wspaniałych głosów i uwierzyłem w nie jak naród w Stana Tymińskiego w 1990. Dlatego gdy pewnego razu zadzwoniła przyjaciółka, że ma darmowe bilety na „ponoć fajną” operę, wyszedł ze mnie Polaczek i czym prędzej powiedziałem „wchodzę w to” (choć po prawdzie wolałbym wejść w przyjaciółkę, ładna jest).

Swojej decyzji żałowałem już na wejściu. Jako zapracowany cebulak nie zdążyłem pomiędzy pracą a wizytą w Teatrze Wielkim się przebrać, skutkiem czego do całkiem eleganckiej marynarki miałem na sobie dużo mnie spektakularne jeansy, o czerwonych butach nawet nie wspominając. Karcące spojrzenia starszych, nieco trącących stęchlizną dam, które stylizowały się na tę okoliczność zapewne od pół roku, były jednak niczym w porównaniu z tym co miało mnie spotkać.

„Qudsja Zaher” rozpoczęła się punkt o 19, a już dwadzieścia minut później zaczęły nachodzić mnie pierwsze myśli samobójcze. A także refleksje w stylu: nie, dłubanie w nosie to wcale nie jest takie nudne zajęcie.

W swoim surowym osądzie nie byłem, na szczęście, osamotniony. Nie dalej jak po 45 minutach opery pierwsi sąsiedzi z okolicznych balkonów dali dyla (łącznie zawinęło się z 10 osób). Zrobiłbym to samo gdyby nie fakt, że byli z nami znajomi, którzy sprezentowali wejściówki, w dodatku kumplujący się z aktorami. W tej sytuacji wyjście byłoby nietaktem. Samobójstwo pewnie też, ale kto by się tam przejmował żywymi będąc po drugiej stronie? Wychodząc z tego założenia nieśmiało wychylam się przez balkon. Nie jest za wysoko, niestety. Czyli jeśli skoczę, nie zabiję się, a tylko połamię. Nie ma więc sensu podejmować próby…

Jestem zrozpaczony, do końca przedstawienia została ponad godzina. I nie, niestety nie ma w nim przerwy. Reżyser to cwany lis, pewnie przewidział, że podczas pauzy ludzie zawinęliby się z widowni w tempie dającym medal w biegu na 100 m na kolejnych igrzyskach.

Dyskretnie zerkam na moją partnerkę. To weteranka oper, przed tą chwaliła się, że zaliczyła ich kilkadziesiąt.

– Ale na tak słabej jeszcze nie byłam – szepcze mi do uszka (jaka szkoda, że go nie podgryza!).

– Ja też – odpowiadam, siląc się na żart. Kiepski? Tak, ale uwierzcie, że i tak 5x lepszy od „Qudsji Zaher”.

Mijają kolejne minuty, powieki stają się coraz cięższe. Przysypiam. Niestety, tylko na kilka sekund – dziki chichot Kasi przywraca mnie do rzeczywistości. Dziewczyna z dobrego domu, kulturalna, oczytana, wiedząca, że nie wolno publicznie bekać, pierdzieć ani lać z aktorów podczas opery, po prostu nie wytrzymuje i krztusi się ze śmiechu. Nim udaje jej się opanować, przedstawienie ma swój grand finale.

Na aktorów spada nie burza, ale huragan braw. Nie dziwię się temu zupełnie, sam klaszczę jak wariat, jeszcze nigdy nie cieszyłem się tak z tego, że coś się kończy. Jestem w 100% pewny, że pozostali widzowie okazują dziki entuzjazm dokładnie z tego samego powodu. Patrzę na twarze bohaterów wieczoru i jest mi ich trochę żal. Są z siebie zadowoleni, położą się dziś spać w poczuciu dobrze spełnionego zadania, nie będą mieli pojęcia, że ludzie wpadli w euforię nie z powodu ich gry, a tego że jej zaprzestali.

W tym miejscu powinienem w jakiś spektakularny sposób opisać co takiego jest w „Qudsja Zaher”, że na samo wspomnienie o tej operze mnie mdli, a zabranie się do tego tekstu zajęło mi dobrych 10 dni. Nie zrobię tego, ponieważ nie umiem. Nie jestem krytykiem, ale to nie jest powód. Myślę, że czegoś tak dziwnego, tak mało wciągającego, czegoś tak na wskroś nowoczesnego (wystarczy powiedzieć, że aktorzy głównie… sylabizowali, a nie śpiewali, a przecież, kurwa, jesteśmy w operze, a nie na zajęciach klasy 1F z podstawówki numer 4) nie zinterpretowaliby nawet Tuwim, Leśmian i Wańkowicz razem wzięci gdyby nagle jakaś magiczna siła przywróciła ich do świata żywych.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑