Zabiję kiedyś kogoś przez to wydawanie reszty i to nie będzie śmieszne ani przypadkowe

Opublikowano Styczeń 14, 2013 | przez Redakcja

grosz

„Może być bez grosza?” – pyta mnie pani na stacji benzynowej. Pani jest miła, jest praktykantką, jest całkiem ładna, nie jest jej winą, że za moment wyładuję na niej całą moją irracjonalną kurwicę, generowaną latami na niewydawanie grosika w sklepach i punktach usługowych, które myślą, że jak dadzą cenę z końcówką 99, to mogą uciec od odpowiedzialności za pierdolonego miedziaka.

„Nie, niestety, bardzo proszę o całość” – mówię, wprowadzając na jej buzię zakłopotanie i smutek, po których widzę, że towarzyszą jej każdego dnia, co chwilę, może co paręnaście minut, kiedy znów ktoś sprowadził na jej biedną głowę groszowy problem.

Z rezygnacją wzdycha, idzie do kolegi, mówi mu to samo, co kilkaset razy wcześniej i wraca do mnie z komunikatem, że wydać nie ma.

„Przykro mi, nie ja ustalałem ceny z taką końcówką”, odpowiadam, nie dlatego, że chcę jej zrobić na złość, tylko dlatego, że takie wyznaję zasady, których przyczyną nie jest wcale skąpstwo. Rozumiem po prostu, że jest to prosty trik handlowy, który ma sprawić, że produkt za 9,99 nie będzie powodował paniki takiej, jak produkt za 10 PLN. Banalna zagrywka, pewnie stara, jak świat.

Tyle tylko, że jeśli firma decyduje się już na takie gierki, powinna wziąć odpowiedzialność i nawet, jeśli oznaczałoby to codzienne transporty dziesięciu kilogramów miedzi na sklep, to taka jest cena ich skomplikowanych, psychologicznych manewrów, za które grubasy w trzyrzędowych garniturach co rok pobierają premię.

Zdarza mi się to nawet wytłumaczyć przy kasie. Nie zmienia to wiele: dla sprzedawców i tak jestem skąpym kutasem.

McDonald’s kiedyś za to zwalniał ludzi: za niewydawanie groszy (byłem świadkiem, kiedy jeszcze tam jadłem). Można o nich mówić wiele złego, ale tu akurat trzymali żelazną dyscyplinę. Dam sobie też palce uciąć, że był to główny powód wycofania się z groszowych cen: więcej z tym pieprzenia się, niż zysków.

Kiedy więc słyszę o pomyśle, żeby najmniejsze nominały monet zlikwidować myślę sobie: super. Jak dla mnie, mogą zostać tylko piątki, dwójki i jedynki. PKB skorzysta na pewno.

Podobnie mam z taksówkarzami. Gówno mnie obchodzi, że mają klientów, którzy płacą całą noc setkami i akurat na kurs przypadł ten moment, kiedy nie mają wydać. Niech jeżdżą co pół godziny po gumy do żucia, może w ich wózkach przestanie wtedy klepać klockiem.

Komentarze


Tagi: , ,



Back to Top ↑