„Zabójcy bażantów”, czyli mroczny skandynawski klimat i naiwna fabuła

Opublikowano Kwiecień 26, 2015 | przez lucky bastard

Film RJLdm0m

Opublikowano Kwiecień 26, 2015 | przez lucky bastard

0

Ekranizacje skandynawskich kryminałów zaczynają płacić wysoką cenę za swoją renomę. Jeżeli wybieramy się do kina na film z tej kategorii, oczekujemy obrazu najwyższej klasy, trzymającego w napięciu i oddziałującego specyficznym, mrocznym klimatem. I trudno się dziwić, bo region słynie z krótkich dni, słabej pogody i dostatniego życia. To właśnie tam wielu znużonych bogaczy, zamiast opalać się na leżaku, może dopuszczać się wymyślnych zbrodni w piwnicach swoich wielkich domów.

„Zabójcy bażantów” to kolejny przykład dobrze znanego i lubianego gatunku. Znajdziecie w nim kilka klasycznych wątków, jak choćby morderstwo sprzed lat, nieustępliwość śledczego, uwikłanie w wydarzenia ludzi z wyższych sfer oraz – co również typowe dla skandynawskiego kina – silny charakter kobiecy. Odpowiedni klimat filmu też został zachowany, na co składa się przede wszystkim ścieżka dźwiękowa oraz ponure, mroczne zdjęcia. Jeżeli upuścicie w kinie telefon, ciężko będzie go znaleźć, bo obraz raczej nie rozświetli sali.

Reżyser filmu, Mikkel Nørgaard skoncentrował się na budowaniu nastroju i napięcia, a trochę odpuścił kwestie wiarygodności oraz prawdopodobieństwa. Niektóre sceny – w tym kluczowe dla rozwoju wydarzeń – są zastraszająco naiwne i nierealne, przez co po wyjściu z kina odczuwa się spory niedosyt. Zabiegi zastosowane przez Nørgaarda może nie przypominają pojedynków Johna Rambo z setką przeciwników, ale również przywołują do głowy myśl: „nie, to niemożliwe”.

Niestety, ale w tego rodzaju kinie są to grzechy, które wybaczyć najtrudniej. A efekt jest taki, że z mrocznego i trzymającego w napięciu thrillera robi się groteska. Ciężko ekscytować się wstrząsającymi scenami – których w filmie nie brakuje – kiedy prowadzi do nich dziecinnie naiwna akcja. Są pewne granice fabularnych uproszczeń, nad którym można przejść do porządku dziennego i tutaj zostały przekroczone.

Reżysera nie ratuje nawet fakt, że „Zabójcy bażantów” to ekranizacja powieści Jussiego Adler-Olsena, bo film zawiera wiele uproszczeń i pomija sporo istotnych kwestii, które można znaleźć w książce. Nørgaarda trzeba jednak pochwalić za przejmujące i przerażająco rzeczywiste obrazy zbrodni. Dostajemy sceny oddziałujące na wyobraźnię, przy których ludzie o słabszych nerwach zmuszeni są odwrócić wzrok.

Ciekawym zabiegiem jest też zupełne odpuszczenie wątków ofiar. O zamordowanych nie wiemy praktycznie nic i reżyser robi niewiele, by przybliżyć nam ich postacie oraz wzbudzić żal czy współczucie. Akcja rozgrywa się pomiędzy śledczymi i przestępcami, a proces rozszyfrowywania poszczególnych zdarzeń i systematycznego dochodzenia do prawdy sprawia, że film po prostu dobrze się ogląda.

„Zabójcy bażantów” warci są obejrzenia również ze względu na fakt, że to nie pierwsza, i zapewne nie ostatnia ekranizacja powieści Adler-Olsena. Warto więc pozostać na bieżąco, tym bardziej że gatunek skandynawskich kryminałów broni się sam. Inna sprawa, czy nie lepiej poczekać, aż film wyjdzie na dvd/blu-ray lub wykupi go któraś z telewizji. Ani zdjęcia, ani efekty specjalne nie powodują, by obraz Nørgaarda bezwzględnie trzeba było obejrzeć na wielkim ekranie.

Komentarze

Naiwność fabuły
Skandynawski, mroczny klimat
Detektyw włączający głośnik w komórce
Sceny zbrodni

Podsumowanie: Jest mroczny skandynawski klimat, są napięcie i wstrząsające sceny. Jeżeli lubicie taki nastrój i nie przeszkadzają wam znaczące uproszczenia fabularne, wybierzcie się do kin.

3


Ocena użytkowników: 1.8 (3 głosów)

Tagi: , , ,



Back to Top ↑