Zacznij marzyć i bądź jak D-Rose – ten mały gigant właśnie dokonuje niemożliwego

Opublikowano Październik 29, 2013 | przez Limonow

derick

Jeśli rano przewalasz się z boku na bok, klniesz na czym świat stoi i zastanawiasz się, dlaczego musisz iść na hutę zamiast leżeć na brzuchu i liczyć zielone, wiedz, że prawdopodobnie sam sobie na to zapracowałeś.

Nasz los jest przeważnie wypadkową charakteru. Uświadomiłem to sobie, kiedy po narzekaniu na własny byt zacząłem bardziej śledzić życiowe ruchy postaci wybitnych. I szybko się kapnąłem, dlaczego nie będą o mnie pisać w kronikach, encyklopediach i tym podobnych… Bo herosom w pewnych dziedzinach życia nie dorastam do pięt nawet dojrzałością i determinacją. A gdybym był Derrickiem Rose’em, o którym jest ten tekst, już dawno zakończyłbym karierę.

Zrywam więzadła krzyżowe, tracę 82 mecze sezonu zasadniczego i ewentualne playoffy, muszę ćwiczyć dwa lub trzy razy ciężej, żeby wrócić do dawnej sprawności (czego nikt nie zagwarantuje), rozstaję się na rok z ulubionym zajęciem i wielką adrenalina… Zamieniam halę wypełnioną po brzegi ludźmi w moich koszulkach na szpitalną leżankę. Odkładam piłkę na rzecz pilota, gdzie oglądam popisy… gorszych ode mnie. Znikam ze świecznika, okładek czasopism. 18 miesięcy za burtą.

Potraficie sobie to wyobrazić? Jeśli nie to OK, bo kontakt z takim światem z naszych rodaków ma tylko Marcin Gortat. Ale dla przykładu – załamanie po ciężkiej kontuzji, kiedy jesteś na topie, to nic wielce unikalnego. Historia zna chociażby przykład Sebastiana Deislera, genialnego reprezentanta Niemiec w futbolu, który popadł w depresję, schował głowę w piasek, ogłosił koniec przygody ze sportem i zaszył się parę lat temu we Freiburgu. Ja byłbym taki sam, tak wielkiej próby raczej bym nie udźwignął. Mozolny wysiłek na siłowni i brak pewności, czy nie rozlecisz się od razu po powrocie do basketu… Oj, siadło by na bańce. Ale nie jemu. D-Rose nie dość, że wyzdrowiał, to jeszcze poprawił już wyskok o 15 centymetrów, dunkuje z dawnym luzem mimo raptem 191 cm wzrostu (!!) i bezczelnie twierdzi, że jest najlepszym graczem w NBA (!!!).

 

Tak. Rozwalony w fotelu, bez gry przez półtora roku i bez mrugnięcia okiem, ze śmiertelna powagą odpowiadający na pytanie o gracza nr 1 w najlepszej lidze świata: „Derrick Rose”.

Przepraszam, wysiadam. Już dziś jestem gorszy, bo gwiazdor Bullsów posługuje się mottem Piotra Blandforda. Jest zwycięzcą w każdym calu, choć wciąż nie ma mistrzowskiego sygnetu. Ale jeśli ktoś ma przypomnieć w Chicago o czasach, kiedy Rodman-Pippen-Jordan orali wszystkich jak leci, będzie to Derrick, bez cienia wątpliwości jeden z faworytów do nagrody MVP przyszłych rozgrywek.

Naprawdę. Jeśli macie na zbyciu z pięć dych, logujcie się na Expekta czy innego buka i spróbujcie. On albo LeBron, innych opcji moja wyobraźnia nawet nie przewiduję. Jak patrzyłem na preseason, gały wychodziły mi na wierzch. Podobnie jak w chwilach, kiedy zerkałem na jego nagrania z Adidasem. Skoro oprócz siłowni nie miał przez rok nic innego do roboty (hehe, tylko teoretycznie, bo pewnie rehabilitował się z 3/4 doby), zaczął błyszczeć w spotach marki, która podsunęła mu przed nos 250 milionów dolarów. Cóż, szkoda, że NFZ takiego odszkodowania nie gwarantuje po żadnym urazie…

Dobra, do rzeczy: „Jump With Derrick Rose” i inne takie. Tego nie trzeba wyjaśniać, nie trzeba niczego tłumaczyć. Słowa są zbędne, wystarczy sam obraz, wszystkiego się domyślicie. Nieprawdopodobne, jak ludzie tym żyją. He’s back.

 

Zatkało? No to na dobitkę coś jeszcze.

 

Fajnie czasem patrzeć na takie obrazki i mieć wrażenie, że to film. To tylko potwierdza – tym gościem nie tyle co można się inspirować, a po prostu… powinno. Rozbije każdy mur, przeskoczy każdą przeszkodę, zapisze się w historii i będzie nazywany legendą. Dla dzieciaków już nią jest, wystarczy przejść się w Illinois po boiskach wokół szkół, college’ów i… slumsów.

Stamtąd zresztą pochodzi. Chicago, Englewood, jedna z najbardziej niebezpiecznych dzielnic miasta. Żadna kuźnia talentów, co najwyżej kryminalistów. D-Rose wyrwał się w miejscu, które już pod koniec XIX wieku słynęło z jednego hotelu, w którym właściciele… torturowali gości, zabijając 27 osób. I przechowując je – na przysłowiowego Fritzla – w piwnicy.

Dwa symbole dzielnicy południowej metropolii: zwyrolski, niezapomniany lokal, w którym za nocleg płaciło się słono (bo życiem, a nie bucksami) i człowiek z głową w chmurach, powoli (a właściwie… jakie powoli?!) ich zresztą dotykający. Dwa różne światy, swego czasu podobny rozgłos. Ale teraz slumsy, morderstwa, kradzieże zeszły na dalszy plan – dziś w kontekście południowej części miasta mówi się tylko o człowieku bez skazy.

Święty z piekła. Derrick Rose. Najlepszy point guard ligi, bo na pierwszy rzut oka po powrocie jest… jeszcze bliższy ideału niż w 2011, kiedy zostawał MVP w wieku… (tu znów pasuje tylko pauza) 23 trzech lat! Odpalcie za parę godzin telewizor, konkretnie o 1:00. Rekomendacje zbędne: Miami Heat – Chicago Bulls. LeBron vs Derrick, perfekcja vs perfekcja. Coś mi rozum podpowiada, że ta para nie tyle zacznie sezon, co go także zakończy. W finale Konferencji Wschodniej.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑