Zakład Tysiąclecia: 23 kilometry, by zjeść obiad z Grubym z Gdyni!

Opublikowano Luty 12, 2014 | przez kozak

Bf9dJnjIMAAT0Uu

Czas na raport z pola bitwy. Raport optymistyczny, bo tłuszcz zdecydowanie przegrywa i jest w odwrocie. Od ostatniego pomiaru minęły dwa tygodnie, więc już najwyższy czas sprawdzić co i jak. Wyniki są pozytywne. Oto, jak zmieniły się parametry od 1 stycznia:

Waga: 89,1 kg – 82,3 kg
Tkanka tłuszczowa: 23% – 18,8%
Tkanka beztłuszczowa: 68,9 kg – 70,0 kg
Obwód w najszerszym miejscu w pasie: 101,3 cm – 93,2 cm
Obwód w biodrach: 104,5 cm – 100,5 cm

Zakład był przewidziany na 120 dni, co oznacza, że za mną i za Grubym z Gdyni 36 procent czasu przeznaczonego na odchudzanie. W tym czasie zrealizowałem…

a)  84 procent celu dotyczącego wagi
b)  38 procent celu dotyczącego tkanki tłuszczowej
c)   38 procent celu dotyczącego obwodu w najszerszym miejscu w pasie

Wniosek: w każdym elemencie jestem z przodu, a sama waga nie stanowi już praktycznie żadnego problemu, bo cel osiągnięty zostanie lada moment. Żeby jednak zanotować komplet pożądanych rezultatów, trzeba będzie się jeszcze napocić. Przy czym nie mam pojęcia, czy faktycznie 80 centymetrów w pasie (cel) jest u mnie możliwe, bo nigdy się nie mierzyłem, gdy byłem jeszcze chudy. W sumie nie mam zielonego pojęcia, jaki efekt osiągnę na sam koniec.

Z jednej strony, zrzucanie kolejnych procentów tkanki tłuszczowej czy kolejnych centymetrów jest podobno coraz trudniejsze. Z drugiej – moim zdaniem to trudność pozorna. Pewnie trzeba się więcej napocić niż na początku, ale z drugiej strony obecnie organizm jest zdolny do zupełnie innego wysiłku niż 1 stycznia. Na przykład dzisiaj – mimo chłodu i lekkiego deszczu – przebiegłem 10 kilometrów i nie poczułem się w ogóle zmęczony, podczas gdy półtora miesiąca temu taki dystans był absolutnie poza moim zasięgiem. Jak tak biegnę – przyznaję, że tempo jest raczej żałosne, ale jakieś jednak jest – to czasami z pokonywanych kilometrów się cieszę, a czasami myślę sobie: rany, jeśli teraz nie zmęczę się przy 10 kilometrach, to następnym razem będę musiał przebiec 12, później 15. Ile to będzie trwało czasu!

Niby więc trudniej się teraz zrzuca, ale nawyki żywieniowe zostały wdrożone, nie ciągnie mnie do śmieciowego jedzenia, nie piję alkoholu bez względu na okazję, do tego realizuję postanowienia – nazwijmy to ambitnie – sportowe, mogąc pozwalać sobie na coraz więcej. Co się działo w ostatnim tygodniu?

IMG_35601. Ból nogi minął, przy tym się ociepliło, więc można było wrócić do pokonywania większych dystansów. Cel zakładał 40 kilometrów tygodniowo i został z nawiązką zrealizowany. W sobotę poszedłem z Wilanowa na spotkanie z Grubym z Gdyni (ale nie do Gdyni, tylko do hotelu Hilton) i w dwie strony wyszły 23 kilometry. Jako przykładny ojciec, w hotelu jeszcze nakarmiłem małego i zmieniłem mu pieluchę:)

2. Podkręciliśmy tempo na siłowni – chociaż we wtorek, co przyznaję z bólem, lekko odpadłem – czyli zamiast dwóch obwodów robimy trzy i w coraz szybszym tempie. Nie podnosimy ustalonych obciążeń, tylko staramy się robić coraz mniejsze przerwy pomiędzy ćwiczeniami. Najgorsze są te wszystkie ćwiczenia, w trakcie których nie tyle trzeba dźwigać, co się namachać w jakiejś dziwnej pozycji (brzuszki z piłką lekarską przy nogach uniesionych pionowo). Nad wszystkim dba trener Marcin Zakępski.

3. Tenis. Tenis jest doskonały. Muszę wzorem niektórych piłkarzy zmontować sobie filmik (chociaż montaż byłby długi…) i później wysłać do organizatorów turniejów Wielkiego Szlema. Przyjęliby mnie z dziką kartą. Chyba na koniec zakładu zorganizujemy sparing z Czesławem Michniewiczem i sprawdzimy, kto wygra rywalizację na tym polu. Oczywiście zagramy na kortach www.tenisbreakpoint.pl, bo – co już chyba zapamiętaliście – lepszego miejsca nie ma. Jak tak dalej pójdzie, to trener Robert Kassjanowicz zrobi ze mnie profesjonalistę. Swoją drogą, opowiadał mi kiedyś o jednym gościu, który ześwirował: uwierzył, że będzie uczestnikiem największych turniejów i zaczął trenować od rana do nocy (a był jakoś w moim wieku). No i zrobił się problem, gdy najpierw rzucił pracę (!), potem sprzedał mieszkanie (!!), a na końcu niestety został zamknięty w wariatkowie (!!!). Być może w jakimś pokoju bez klamek właśnie rozgrywa finał Wimbledonu.

1

 

A jak się sprawy mają u was? Wpisujcie w komentarzach…

Komentarze


Tagi: , , , , , , ,



Back to Top ↑