Zakład Tysiąclecia: spacer, chód, marsz, wreszcie… bieg

Opublikowano Luty 5, 2014 | przez kozak

Zrzut ekranu 2014-02-2 o 17.24.16

Kupiłem sobie magazyn Men’s Health. Kiedy człowiek zaczyna żyć w miarę zdrowo i aktywnie, to czasami z nudów lubi poszperać, poszukać nowinek albo inspiracji. No i tam wyczytałem porady dla osób w wieku troszkę bardziej zaawansowanym (czyli jednak starszych niż ja), jak utrzymać formę fizyczną. Amerykański trener proponuje całą serię ćwiczeń wykonywanych w jak najkrótszym czasie, między innymi takie: 4 serie podciągnięć na drążku po 15 powtórzeń.

Hmm, kiedy już będę w stanie się w krótkim czasie podciągnąć 60 razy na drążku, to naprawdę nie będę potrzebował porad z gazet. Może nie doceniam kondycji czytelników tego pisma, może sam jestem większym wrakiem niż sądziłem ale… ilu z was podciągnie się sześćdziesiąt razy?! Niech jeszcze zaleci przebiec maraton w czasie krótszym niż 2.40 i to też będzie świetna porada, jak wyglądać szczupło.

CO ROBIĘ?

Dobra, dość gazet. W tym tygodniu nie będzie moich wyników, ponieważ żona wyjechała na kilka dni i nie ma kto przeprowadzić badania. Ale wszystko idzie zgodnie z planem, ten tydzień był bardzo aktywny, z mocną pracą na siłowni pod okiem trenera Marcina Zakępskiego i z intensywnym tenisem, pod nadzorem trenera Roberta Kassjanowicza. Tenis już teraz tylko w klubie Break Point, czyli TUTAJ. Kawałek muszę dojeżdżać, ale warto, bo miejsce świetne.

1383104_568916189844998_1253559447_n

Na tenisa ostatnio wziąłem zegarek, który pozwala mierzyć pokonywany dystans. Czasami człowiek może się zdziwić. Jest takie ćwiczenie przy siatce, które mnie wykańcza. Trener z jednej strony siatki, ja z drugiej i on rzuca piłkę – lewa, prawa, lewa, prawa, prawa, prawa, lewa, lewa. Jak chce, nigdy się nie przewidzi. No i trzeba zasuwać na „niskich” nogach od jednej do drugiej, dużo przyspieszania i hamowania, aż się trenerowi skończą piłki w koszyku. Trwa to trochę ponad półtorej minuty, a można się zmachać za wszystkie czasy. Zegarek pokazał przebyty dystans: 180 metrów. A niby wszystko robi się niemal w miejscu.

Na siłowni treningi obwodowe, dwie serie po dziesięć ćwiczeń. Od tego tygodnia przechodzimy na trzy serie. Nie budujemy masy, nie wyciskamy coraz większych ciężarów, tylko zapieprzamy w dobrym tempie i gubimy tkankę tłuszczową.

W całą zabawę coraz bardziej się wkręcam. Wreszcie zacząłem biegać i tu przeżyłem wielki szok. To całe łażenie – z wózkiem czy bez – które mam za sobą, okazało się niesamowitą podbudówką pod bieganie. Ludzie nie doceniają chodzenia, a to wielki błąd. Nie jestem trenerem, nie znam całego tego mechanizmu, nie potrafię wam powiedzieć, co z czego wynika, ale wiem jedno. Kiedy czułem się jak ścierka, kiedy byłem w najgorszej formie fizycznej, przebiegnięcie kilometra bez zadyszki było ponad moje siły, po dwóch kilometrach musiałem przejść na marsz, by uregulować oddech. Mijały trzy-cztery tygodnie regularnego „biegania”, zanim dochodziłem do takich żałosnych dystansów jak pięć kilometrów na raz.

Teraz wyszedłem – w nowym sprzęcie, w tych pedalskich rajtuzach, w jakiejś odzieży termoaktywnej, czy jak to się nazywa. Pobiegłem z nastawieniem, że jak zawsze po takiej przerwie (a była dłuuuga) przebiegnę pewnie ze dwa kilometry, później przejdę z kilometr, znowu pobiegnę itd. Ku mojemu zdziwiniu przebiegłem na raz 6,5 kilometra i… w ogóle się nie zmęczyłem. Nawet zastanawiałem się, czy nie zrobić jeszcze jednego kółka, ale zwyciężył rozsądek – następnym razem. Po przebiegnięciu 6,5 kilometra nie miałem żadnej zadyszki, tylko wszedłem spokojnie do domu i… zrobiłem 130 „brzuszków”.

Dlatego nie śmiejcie się z chodzenia. Chodzenie jako wstęp do biegania jest fantastyczne. Jak ktoś się będzie z was śmiał, że… idziecie na spacer, to jest kretynem.

 

CO JEM?

Kilka osób prosiło, bym napisał, co codziennie jem. Dzisiaj napiszę krótko, bo mam na to plan (którego zapominam zrealizować). Po prostu sfotografuję swoje wszystkie posiłki z jednej doby. Zrobię to za tydzień, w czwartek, bo przenoszę wpisy ze środy na czwartek. Natomiast dziś mogę was mniej więcej wtajemniczyć w mój jadłospis:

Rano: klasyczne śniadanie, cztery kanapki, wędlina, pasztet, trochę ogórków i pomidorów. Czasami – gdy szykuje się intensywny dzień – duża porcja jajecznicy. Nie brzmi jak menu osoby odchudzającej się? A jednak. Śniadanie jem koło godziny 10.00, czasami 11.00.

Później: tak zwane drugie śniadanie. Tu mam sporo opcji, np. mógłbym jeść lód „Magnum”. Ostatnio jednak – dla komfortu psychicznego – wybieram jakieś cztery ciasteczka, dość smaczne (akurat są pakowane po cztery) i jabłko. Jak zjem ten drugi zestaw, to czuję, że zjadłem zdrowo i że wystąpił element odchudzania. A „Magnum” wywołuje jednak niedowierzanie: czy naprawdę mogę to jeść? Ale podobno mogę. Ten posiłek jem około 14.00 (trzy godziny po śniadaniu).

Jeszcze później: obiad. Od obiadu zależy co zjem na kolację. Jeśli zjem makaron, to kolacja już bez węglowodanów. Ale załóżmy, że jem klasycznie. Wtedy będzie to np. kotlet mielony z indyka, z warzywami, do tego ziemniaki gotowane. Czasami ryż z kurczakiem albo jakimś innym mięsem. Bywa, że spaghetti, tylko dobrze zrobione (ostatnio żona na blogu wrzuciła przepis, jak sprawić, by spaghetti miało 350 kalorii, a nie 55o). Wszystko około 17.00.

Na kolację: czasami są to kanapki, najczęściej sałatka – mieszanka sałat z tuńczykiem, albo z podsmażanym kurczakiem, ostatnio często z łososiem. Około 20.00, czasami 21.00.

Cztery posiłki. Przydałby się piąty, ale trochę za późno wstaję, żeby zjeść pięć. Żona wylicza, czego konkretnie potrzebuję, jak to wygląda z kaloriami, z białkiem, węglowodanami, tłuszczami itd. Ma to w małym palcu. W każdym razie jem co lubię, zdrowo i w ogóle nie chodzę głodny. Śmiać mi się chce z tych drakońskich diet i rozdrażnionych ludzi słaniających się na nogach.

 

CO U WAS?

Wielu z was zaczęło odchudzanie równo ze mną. Wpiszcie w komentarzach swoje wyniki po pierwszym miesiącu odchudzania. Dobrze idzie czy już piwko, fajurka i chipsy do meczu?

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑