Zakupy ze stylistką – jak w godzinę wydać prawie tysiaka

Opublikowano Kwiecień 19, 2014 | przez Dżordż

shopping2

 

Nie umiem kupować spodni. Tak jak nie mam problemów z wyborem fajnych koszul czy oryginalnych butów, tak nigdy nie wiem co pasuje mi na dupę, a co nie. Żeby więc nie pozyskać czegoś kompletnie żenującego, kiedy tylko przychodzi czas na ganianie za nowymi portkami, proszę moją przyjaciółkę-stylistkę o wspólny wypad do galerii.

Dziewczyna jest naprawdę niezła w tym co robi, nie brakuje osób gotowych zabulić kilka stówek za godzinę jej towarzystwa w trakcie shoppingu. Ja na szczęście, jako że znamy się od lat, nie płacę nic. To znaczy uściślając – nie płacę jej. Bo, niestety, taki wypad nigdy nie kończy się na jednej parze spodni, którą miałem wybrać, a następnie grzecznie wrócić do domu…

Przykłady? Nie szukając daleko opiszę wam to, co spotkało mnie w ostatnią środę. Poszliśmy z Anetą do Złotych Tarasów, w których chciałem znaleźć jakieś eleganckie spodnie w kant, pasujące do koszul i półbutów.

Zaczęło się niewinnie: od obiadu i rozmowy w stylu co tam się ostatnio u nas wydarzyło. Po tym spokojnym prologu doszło jednak do dynamicznego rozwinięcia: już po 10 minutach łażenia po sklepach, dostałem granatowe portki do przymierzenia. Ledwo co zdążyłem się w nie wbić i ucieszyć, że tak dobrze leżą, przyjaciółka przyniosła mi do przebieralni koszulę.

– Masz, będzie idealnie pasować do spodni!

Miała rację. Niestety.

Niestety, ponieważ za jednym zamachem pozbyłem się 450 zł. No a poza tym kupiłem koszulę nr 50 – mam ich już tyle, że nie mieszczą się w szafie. Nic to, tłumaczę sobie, że zdarzają się gorsze uzależnienie, od heroiny czy coś.

Kiedy po nabyciu interesującego mnie towaru chciałem obrać kierunek na dom, Aneta powiedziała tym zdecydowanym tonem, którego faceci u kobiet boją się bardziej niż problemów z prostatą: Nie tak szybko! Musisz mieć do tego pasek.

Jak mus to mus.

Niecały kwadrans później wbijałem się w przymierzalni w nowe ciuchy tylko po to, by założyć do nich jakieś trzydzieści pasków. Kiedy zobaczyłem ile A. zdążyła ich przytargać, nie wiedziałem co mnie bardziej szokuje: że dała radę przynieść tyle używając zaledwie dwóch rąk, czy też, że w dwie minuty przez jakie się przebierałem wyczaiła aż tyle stuffu.

Nic to, rozpocząłem proces dopasowywania paska do koszuli i spodni.

Po kolejnym kwadransie znalazłem już ten jedyny, wymarzony… czerwony. To znaczy ja nie byłem do niego przekonany, ale A. powiedziała twardo: Bierzemy. Pasuje idealnie.

– 140 zł.

Już zmierzałem do wyjścia z tej przeklętej świątyni modnisiów, kiedy oczom przyjaciółki ukazał się sklep z butami. Ja nawet go nie zauważyłem, ona tymczasem z odległości jakichś 50 m wypatrzyła na wystawie mokasyny.

– Są przepiękne, zamszowe, będą idealną kropką nad i do tego stroju – usłyszałem. Ta argumentacja mnie nie przekonała. Wziąłem A. pod rękę i chciałem spieprzać w siną dal, ale czy próbowaliście kiedyś walczyć z kobietą w szale zakupów? No właśnie – NIE DA SIĘ.

Chcieć nie chcieć nałożyłem więc pokornie pantofle na stopy i w duchu rzeczywiście stwierdziłem, że wyglądają bardzo dobrze. To, co przeszło mi przez myśl, Aneta wypowiedziała na głos, a potem zaordynowała: bierzemy.

230 zł odeszło w siną dal.

Puenta? Dzięki Bogu, że sweter Vistuli, który przyjaciółka obczaiła tuż po tym, jak wzięliśmy mokasyny, okazał się za duży. Koniec końców udało się dzięki temu oszczędzić 399 zł!

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑