Zamiast marudzić, że życie cię przytłacza, po prostu lepiej zorganizuj sobie czas

Opublikowano Luty 9, 2015 | przez ZP

czas

Chcę zadedykować ten tekst przeciętnemu Polakowi-narzekaczowi. Człowiekowi, który płacze, że ma za dużo pracy i innych obowiązków. Któremu wydaje się, że jest zaganiany do granic możliwości i nie ma na nic czasu. Ani ochoty. Dla marudy mam jasny przekaz: skończ z tym pitoleniem. Naprawdę da się żyć na wysokich obrotach i czuć się dobrze. Wiem, bo sam jestem tego przykładem.

Mam pięć prac. Jedną na etat i cztery dorywcze. Trzy polegają na mówieniu, dwie na pisaniu. Dodatkowo poświęcam osiem godzin w tygodniu na bieganie. Chodzę regularnie na bilard i do kina. Przez siedem dni jestem w stanie przeczytać jedną książkę i kilkadziesiąt stron różnych gazet. Mam czas, żeby zatrzymać się w ulubionej kawiarni i niespiesznie wypić małą czarną. Przynajmniej kilka razy między poniedziałkiem a niedzielą mogę pozwolić sobie na długie spacery z psem po lesie. Uprawiam regularny seks ze swoją kobietą, z którą często toczę też długie debaty na różne tematy. Chadzam na piwko z kumplami. Oglądam sporo meczów. Filmów. Słucham wielu koncertów. Sypiam w miarę dużo, jakieś 6 godzin na dobę.

Jakim cudem wyrabiam się z tym wszystkim? To proste: nauczyłem się nie tracić czasu w głupi, charakterystyczny dla wielu Polaków sposób. Jeżeli akurat jadę autobusem, nie patrzę tępo w okno, nie bawię się smartfonem,  a wyjmuję książkę i zagłębiam się w lekturze. Jeżeli mam luźniejszą godzinkę w mojej głównej robocie, nie odpalam dziesiątek idiotycznych filmików w necie, tylko piszę tekst na jeden z portali, z którymi współpracuję. Jeżeli pomiędzy pracą a umówionym wcześniej obiadem z dziewczyną mam tylko półtorej godziny „przerwy”, a tego dnia powinienem biegać, biorę sprzęt do joggingu do korpo. Po dyżurze przebieram się w niego i pędzę odpowiednim, zaplanowanym wcześniej tempem do domu.

Idźmy dalej: jeśli moja połówka ma wieczorem ochotę na bzykanko, ale wcześniej idzie pod prysznic, nie oglądam w tym czasie pornoli, aby się nakręcić. Wolę przez ten kwadrans sprawdzić tekst któregoś z chłopaków piszących na Wyszło, mimo że mnie to nie podnieca, uwierzcie. Zczytanie artykułu to po prostu jedna z wielu pierdół, które muszę wykonać w ciągu dnia, aby przed snem uznać go za udany.

Dobra, starczy tych przykładów, nie mam zamiaru was nimi zanudzić. Przytaczam je, żeby pokazać jedno: jeśli człowiek naprawdę chce, to może zdziałać w ciągu dnia naprawdę sporo. Wystarczy być dobrze zorganizowanym. Skupionym. Do tego dodałbym jeszcze dwa szczegóły: wspomniany wcześniej sen i odżywianie.

Nie wyobrażam sobie, żebym ogarniał tysiąc różnych szczegółów będąc nieprzytomnym. Człowiek zaspany to człowiek wkurwiony i nieefektywny. Dlatego każdemu, kto chce nauczyć się żyć na wysokich obrotach, polecam, żeby na początku odpowiedział sobie na jedno zajebiście, ale to zajebiście ważne pytanie: ile godzin musisz spać, żeby normalnie funkcjonować? Z doświadczenia wiem, że zdecydowanej większości z was wystarczy 6h. Przy takim czasie odpoczynku spokojnie można konkretnie zapierdalać. Naturalnie pod warunkiem, że twoim paliwem nie będą kebaby/burgery i inne tego typu badziewie. Trzeba postawić na zdrowe i REGULARNE jedzenie. Ja staram się pochłaniać pięć posiłków dziennie, co 2,5 godziny. Przy czym ten ostatni, kolo 20-21, jest już zdecydowanie lżejszy niż pozostałe. Dobrze byłoby też, gdyby owa kolacja trafiła do brzucha najpóźniej 3-3,5 h przed snem.

Żeby było jasne: nie jestem maszyną i miewam kryzysy. Zdarzają mi się dni, kiedy zrobię o 70% mniej niż zwykle, czyli odbębnię to, co absolutnie muszę, a resztę olewam. Bywa też, że wieczorem zachlam pałę albo dziabnę w środku nocy kebsa. Nie jestem ideałem, jak każdy ulegam pokusom. Chodzi jednak o to, żeby one nie stały się sensem twojego życia, a jedynie drobnym jego urozmaiceniem, takim, które na dłuższą metę nie wpływa na ciebie szkodliwie.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑