Zanim zaczniesz umawiać się z dziewczyną, sprawdź, czy nie ma grubej przyjaciółki

Opublikowano Wrzesień 10, 2013 | przez Mlody

piękne

Zawsze chodzą parami. Dosłownie wszędzie. Jedna Fajna, zgrabna i i niczego sobie, tylko że w cieniu tej drugiej, trzy razy bardziej rozłożystej. Damskiego kinga – wychowanej w Burger Kingu, w kieszeni z lekko rozpuszczonym Maxi Kingiem, o gabarytach King Konga.

I często nazywa się Kinga. Pijawka, rzep, samozwańczo zatrudniona przez tę pierwszą w charakterze niosącej radę. Myśli, że jest wyrocznią delficką, ale bliżej jej do delfina, który dodatkowo umie szczekać. Wszędzie się wciśnie, mimo że to zupełnie nielogiczne – w końcu każde drzwi musi atakować krokiem dostawnym.

King Kinga zna się na wszystkim. Jest specjalistką w świecie mody, zjadła – o, i to dosłownie – zęby na związkowych kłótniach, chłopaka nie potrzebuje, przerobiła całą kamasutrę wzdłuż i wszerz, co więcej – najlepiej na świecie robi loda. W ten sposób właśnie myśli, kiedy wchłania czwartego batona, którego popija colą. Light, przecież…

Nie dociera do niej, że zamiast szortów powinna na siebie zakładać plandekę od TIR-a, singlem jest z wyboru, tyle że to nie ona głosowała, a zwyczajnie naród tak chciał, pozycję – akurat – to rzeczywiście ma ulubioną, tę sprzed komputera, natomiast ssała – raz.

Zmęczony gość na melanżu przegrał zakład i honorowo poszedł na pożarcie. Trochę go pogryzła, pewnie z przyzwyczajenia. Ale King Kinga nie jest łatwa. Po prostu trafiło jej się ciacho, a ciachom się nie odmawia, prawda? Przyjęła więc ptysia do buzi, a bitą na migdałki.

I to byłem ja…

– Słuchaj, uważaj na niego, bo on chce tylko jednego. Zobaczysz. Przetrzymaj go jeszcze parę tygodni – radzi po wszystkim gruba tej Fajnej, która coraz bardziej czuła do mnie miętę. Tak mi się przynajmniej wydaje. Tu buziak, tam kąśliwe aluzje – no, ale trzeba być dzielnym. Żeby tamta była taka mądra i się nie dała, to miałbym prościej. A tak – strach. Co będzie, jeśli Fajna się dowie? Że ja niby dryfuję do niej, a po drodze – oklaski – zarzucam kotwicę w paszczy wieloryba, na dodatek przy pierwszej okazji, gdy fajna wyjechała do domu?

Idziemy do kina. Idziemy, to znaczy idę ja i Fajna, a King Kinga kroczy za nami, zasysając waniliowego szejka. Musieliśmy po drodze zajechać do McDrive’a, bo trzeba było wyrównać poziom cukru w jej organizmie. Siorbie jak opętana.

Podchodzę do kasy, kupuję bilety – dla siebie i dla mojej. – Ja usiądę między wami – rzuca gruba, ale do swojego portfela nie sięga.

– Nie mówi się z pełną buzią – odbijam piłeczkę, co w gruncie rzeczy nie jest zbyt fortunnym posunięciem, mając w pamięci naszą zaszłość. Tamtego razu powiedziałem jej sakramentalne: „to ja już pójdę”, po czym zamknąłem za sobą drzwi do łazienki. Teraz nie za bardzo mam dokąd pójść… Trudno, biorę też dla grubej, tylko że do pierwszego rzędu i podwójną. Wreszcie będzie mogła zaparkować prostopadle, he he.

Śmiech brutalnie przerywa wirujący plask, który jej tłusta łapa nagle wymierza w moim kierunku, gdy przyszło do rozdawania wejściówek. Fajna – w szoku – momentalnie odwraca się na pięcie. King Kinga dyszy, syczy, kaszle. Ona nie płacze, ona wyje jak w remizie tuż przed wyjazdem na akcję. No tak, żart w zamyśle śmieszny, najwidoczniej nie wzbudził u Fajnej i King Kingi pozytywnego entuzjazmu, choć publika wokół nas ewidentnie zachwycona tą sceną batalistyczną.

Gruba poprzysięga zemstę, po czym rusza w groteskowej pogoni za Fajną. Nie uwierzycie – przewróciła się!

Odpuszczam temat Fajnej, dlatego że głupio mi po tym wszystkim odezwać się, jak gdyby nigdy nic. Ona też nie pisze, więc nasz niedoszły związek umarł śmiercią naturalną. King Kinga spektakularnie wyrzuca mnie ze znajomych na Facebooku. Czyli jednak nie rzucała słów na wiatr… Cóż, odwet odwrotnie proporcjonalny do kilogramów.

***

Trzy lata później Legia gra u siebie ze Sportingiem Lizbona. Jestem lekko spóźniony, z głośników leci już „Sen o Warszawie”. Wchodzę na mecz, choć wcześniej rozegrałem swój własny, ze znajomymi, wlewając po drodze kilka piw i ćwiartkę na rozgrzewkę. Jest cholernie zimno. Podaję ochroniarzowi kartę kibica. Patrzy lekko podejrzliwie, ale przepuszcza. Jeszcze tylko sprawdzą, czy nic nielegalnego nie wniosłem i jestem w domu. Kumple właśnie weszli, ja jestem ostatni.

– A pana zapraszam na kontrolę alkomatem – cedzi przez zęby wielki potwór w wełnianej czapce rodem z Krupówek, czym wywołuje zdziwienie wśród innych wpuszczających ludzi stewardów. Kilku innych wchodziło przecież bardziej chwiejnym krokiem… Głos zupełnie jak King Kinga, co biorąc pod uwagę zbliżone gabaryty, w tej sytuacji akurat mnie śmieszy.

– Mówiłam, że się zemszczę, chuju – mówi do mnie, gdy dmucham.

Gruba?!

Z rezultatem 1,12 promila, mecz sezonu obejrzałem w klubowej knajpie. Nigdy nie bierzcie dziewczyn parami…

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑