„Zanim zasnę”. W kinie nie zasnąłem, a warto iść głównie dla Nicole Kidman

Opublikowano Październik 11, 2014 | przez Tomas

????????????

Za każdym razem, kiedy słyszę hasło „film o amnezji”, przypomina mi się ten jeden – niemożliwy w żaden sposób do zapomnienia, puszczany do niedawna przy każdej podróży autokarem – „50 pierwszych randek”. Ot taka słodka, romantyczna komedia, na ciepły wieczór w kapciach. Ale puszczana właśnie na dużych ekranach nowa produkcja o podobnej tematyce „Zanim zasnę” to już zupełnie inny poziom kina.

Różnica polega przede wszystkim na tym, że to jest prawdziwy film, przez wielkie „F”. Film o życiu i tragedii, która dotyka niektóre rodziny. Nie tylko jedną osobę, ale też jej najbliższych. I nie dotyka ich raz, tylko codziennie – każdego kolejnego nowego dnia. Za każdym razem w ten sam sposób, a zarazem w sposób zupełnie inny…

Zaczyna się identycznie. Od krępującej pobudki w ramionach drugiej, kompletnie nieznanej sobie osoby. Powolne, delikatne wymsknięcie się z objęcia i szybka ucieczka do toalety, jak po nocce na jeden raz. Woda na twarz i spojrzenie w lustro. Jak wyglądam? Kim jest ten facet? Nie, coś tutaj nie gra. Przecież to nie moja łazienka, nie moje mieszkanie. Co ja tutaj robię? Zaraz, cholera… Co to za zdjęcia? Dlaczego w tej łazience są moje zdjęcia z jakimś facetem? Nie, przecież to ten gość z łóżka. Dlaczego jesteśmy na nich razem? Dlaczego się całujemy? Zaraz, zaraz… Welon? Suknia? Ślub? Jaki, do cholery, ślub?!

Nic w tej łazience więcej już nie ma. Trzeba z niej wyjść. Wyjść po cichu, może rozejrzeć się po mieszkaniu. Na razie lepiej go nie budzić, to może poczekać. Dobra, wychodzę. Ale on też już nie śpi. Siedzi na skraju łóżka, z głową wciśnięta w swoje dłonie i czeka. Podchodzi powoli i mówi: „Christie, nie bój się. Wszystko będzie dobrze. To ja. Ben. Twój Ben. Kocham Cię. Nie bój się. Jestem Twoim mężem. Nic Ci nie zrobię. Jesteśmy małżeństwem. Nie bój się mnie. Kocham Cię. Dziesięć lat temu miałaś wypadek…”

I tak każdego pieprzonego ranka. Dzień w dzień to samo, ta sama historia.

Christie – grana przez Nicole Kidman – każdego ranka rozpoczyna życie na nowo. Zatrzymała się na dawnych czasach. Kojarzy, bo nawet zbytnio nie pamięta, siebie samą jako 20-latkę. Dziś ma ponad połowę więcej. Każdego ranka wysłuchuje skróconej historii od męża, on wychodzi do pracy, a ona – zawsze równie zdziwiona – odbiera telefon. To od lekarza. Rozmowa będzie poufna, jak co dzień, mąż nie może o niej wiedzieć. Christie ma schowany w szafie, w pudełku po butach, aparat fotograficzny. Są na nich krótkie filmiki, na filmikach jest ona. To jej dziennik. Dzięki temu wie, że była w tym samym miejscu już wczoraj i przedwczoraj, wie, że Ben to jej mąż, wie coraz więcej. I wie, że ma dążyć do coraz większej świadomości. Więcej szuka, więcej pyta, więcej rozmawia, więcej zagląda, zaczyna wychodzić.

Coraz więcej elementów przestaje jednak do siebie pasować. Coraz więcej znaków zapytania, coraz więcej wątpliwości. Coraz więcej filmików. Każdy poranek z równie dużym przerażeniem, każdy telefon z równie dużym zdziwieniem, ale każdy dzień z własnym postępem. Postępem przy poznawaniu samej siebie.

Odczucia po tym filmie mam mieszane, choć oceniam go na plus. Brak w nim czasem dynamiki, a niektóre rzeczy dzieją się zbyt wolno. Można mieć też wątpliwości, co do końcówki filmu. Ale nawet jeśli nie poraża, raczej warto go obejrzeć dla pozostałych fragmentów. I – co warte podkreślenia – dla Kidman, która za tę rolę zasługuje na duże brawa.

Komentarze

Nicole Kidman
Nieprzewidywalność zdarzeń
Spełnienie oczekiwań
Scena walki hotelowej

Podsumowanie: Nie jest to film, o którym ludzie będą mówić w tramwajach. Ale jeśli ktoś ma wolny wieczór, warto pójść do kina.

3.8


Ocena użytkowników: 3.1 (3 głosów)

Tagi: , , , , , ,



Back to Top ↑