Żarłoki, znawcy i śmieszki. Buraki opanowują kina

Opublikowano Sierpień 1, 2013 | przez Diabeu

kino

Szeleszczą śmierdzącym żarciem, na głos komentują kunszt reżysera, śmieją się co pięć minut w momentach, które wcale nie są śmieszne – oto współcześni bywalcy kin, z nimi każdy seans jest jedyny w swoim rodzaju!

Nie jestem jakimś zapalonym kinomanem, ale raz na jakiś czas lubię sobie coś obejrzeć na wielkim ekranie. Niestety zazwyczaj tego żałuję, bo z kina wychodzę poirytowany. Nie jakością serwowanych filmów (ale „Pacific Rim” to gówno!), lecz zachowaniem kinowych towarzyszy. Ciągłe wiercenie, śmichy-chichy z niczego i opychanie się żarciem. „Na siku” też chodzą, jakby mieli nerwicowe zapalenie pęcherza moczowego, a potem i tak wracają z kolejną dużą colą. Pojebańcy.

Najbardziej jestem zły na tych, którzy szeleszczą żarciem na filmach, w które trzeba się wczuć, czyli dajmy na to – na thrillerach. W kluczowych momentach słyszę tylko grupowe otwieranie butelek i rozmaitych paczek z żarciem. Im pełniejsze kino, tym bardziej efekt się pogłębia. Zdarza się i tak, że na skromnych, kameralnych seansach więcej jest tych jedzących, niż oglądających. Sorry bardzo, ale sala kinowa to taka specyficzna przestrzeń, w której trzeba mieć na uwadze komfort nie tylko swój, ale i innych ludzi. A szeleszczenie, siorbanie i mlaskanie przez kilkadziesiąt minut zdecydowanie nie idą z tym w parze. Ja wiem, że niektórzy ludzie lubią sobie coś przekąsić podczas seansu, ale na litość boską – kinowe żarcie jebie niekiedy gorzej niż tygodniowy olej z frytkownicy!

Innym wyjątkowo głośnym i tak samo wyjątkowo wkurwiającym gatunkiem fanów kina są znawcy. Znawca chłodno komentuje przebieg seansu, krytycznie ocenia kunszt reżysera i wydaje publiczne werdykty na temat każdej kolejnej sceny. „Za długie ujęcia!”, „Przewidywalny scenariusz!”, „Nawet ja zagrałbym tę scenę lepiej!” – typ nie przepuści absolutnie żadnej okazji do wykazania się swoją erudycją i wiedzą filmową. Najczęściej robi to w celu zyskania przychylności koleżanki z którą przyszedł, bo tak bardzo chciałby w końcu chwycić ją za rękę. Wyglądem znawca przypomina typowego studenta kulturoznawstwa – długie włosy, kozia bródka, sweterek i fikuśne okularki. Na kinie zna się najlepiej na świecie, podobnie jak na melanżach napędzanych tanim browarem z Biedry.

Żarłoki i znawcy wkurzają niemiłosiernie, ale wcale nie oni są najgorsi. Najbardziej irytującym gatunkiem kinowego widza jest tzw. śmieszek. Śmieszek przychodzi do kina przeważnie dlatego, że nie ma nic lepszego do roboty. Dostał darmową wejściówkę z jakiejś promocyjnej puli dla studentów i cały w skowronkach zapierdala na seans. Cieszy się do tego stopnia, że praktycznie każda scena jest dla niego komediowym Mount-Everestem, nawet jeśli film komedią wcale nie jest. Na dobrą sprawę wystarczy, że na ekranie pojawi się ktoś, kto powie coś o gównie, albo, za przeproszeniem, wyjebie się na ryj, a śmieszek momentalnie zaczyna rżeć. Razem z nim śmieje się reszta obecnych na sali studentów i w ten oto sposób seans zaczyna przypominać benefis Karola Strasburgera.

Irytujących zachowań jest w kinach więcej, ale praktycznie wszystkie sprowadzają się do tego, że są dużo za głośne. A pomnożone przez kilkanaście czy kilkadziesiąt razy sprawiają, że cały klimat idzie w pizdu, a razem z nim ulatnia się przyjemność z oglądania. Może to przypadek, ale buraków w konie zacząłem zauważać dopiero po przeprowadzce do Warszawy. Bardzo lubię to miasto i nie mam nic do jego mieszkańców, zarówno „prawdziwych” jak i tych udawanych. Nie można jednak wykluczyć, że gdy małomiasteczkowe kompleksy przeradzają się w umiłowanie do wielkomiejskiego stylu życia, efektem ubocznym tej reakcji jest bycie wkurwiającym typem właśnie w takich intymnych, kinowych interakcjach. Ale to tylko moja nieśmiała hipoteza.

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑