Zasklepowane, czyli najbrzydsze miasto świata

Opublikowano Listopad 13, 2014 | przez ZP

krupowki

W długi listopadowy weekend po raz pierwszy od dziesięciu lat zdarzyło mi się wpaść do Zakopanego. Po tej wizycie jestem pewien jednego: nie pojawię się tam z własnej, nieprzymuszonej woli przynajmniej przez najbliższe dwie dekady.

Mniej obeznanym z historią przypominam, że w dwudziestoleciu międzywojennym ta zacna górska wioska jawiła się światu niemalże jako druga stolica naszego kraju. To właśnie tam spotykali się m.in. politycy, artyści i sportowcy. W Zakopanem elity tworzyły sztukę wysokich lotów, chodziły po górach, rozmawiały przy grzańcu, czy uprawiały… wyścigi samochodowe.

Tak, kiedyś to było miejsce z klasą. Teraz zastąpiło je centrum tandety i kiczu. Gdzie nie spojrzysz – w oczy rzuca się brak dobrego smaku. Człowiek wyjechał z Warszawy, żeby poobcować trochę z naturą i co? I na Gubałówce widzi… Pizzę Dominium. Kilkadziesiąt metrów od niej zadowoleni górale męczą biedne kucyki, pozujące do zdjęć z dziesiątkami dzieci. Uciekam z tej górki, przez chwilę idę szlakiem, czuje się dobrze.

Niestety,  po kilkunastu minutach natrafiam na rynek pod nią, na którym można kupić każde gówno tego świata. Od tandetnych kapci, przez świecące samochodziki, po plastikowe, zabawkowe noże. Zbiera mi się na wymioty, ale prawdziwy bełt przychodzi dopiero wtedy, kiedy wpadam na Krupówki. Kwadrans spaceru po nich i zastanawiam się: gdzie ja do cholery jestem, w Zakopanem czy w centrum dużego miasta? Empik, Reserved, Costa Coffee – te nazwy kłują mnie w oczy. Owszem, spodziewałbym się ich na Nowym Świecie w Warszawie, ale tutaj?

Tu chciałbym jednak poczuć górską atmosferę. Zamówić piwko w ładnej acz nie tandetnej knajpce, a następnie sączyć je podziwiając nieodległe góry, a nie patrząc na robiące zakupy hordy ruskich turystów, mających na sobie więcej złota niż Jay-Z w teledyskach. Niestety, zamiast spełnić to marzenie napotykam coraz to nowe „potworki” zainstalowane w centrum miasta. Największym z nich jest widoczna na zdjęciu „Fashion Street”. Ulica tak brzydka i urządzona bez jakiegokolwiek smaku, że między dwoma wspomnianymi członami powinna mieć jeszcze dwa inne słowa: from Raszyn.

Ludziom, oczywiście, nie przeszkadza jej wygląd. Walą w to „modne” miejsce drzwiami i oknami, szukając odzienia dla siebie, rodziny, przyjaciół i znajomych. W oczach mają szaleństwo zakupów, zupełnie jakby wpadli na wyprzedaż do TK Maxa (którego jeszcze w Zakopcu jakimś cudem nie ma!), a nie na odpoczynek w góry.

Naturalnie w Zakopanem nie tylko Krupówki  straszą swoją brzydotą – już same przedmieścia prezentują się fatalnie. Usytuowano na nich tyle banerów reklamowych różnego rodzaju produktów, że to cud, iż jeszcze nie zasłoniły one gór. Poza nimi zwracają też uwagę plakaty wyborcze kandydatów na radnych. Z kilku z nich patrzą na mnie niezłe zakapiory, na oko zaprawione w piciu i zabawie równie mocno, co Mick Jagger. Mimo to na zdjęciach starają się wypaść na eleganckich ludzi (nieudanie, na moje oko ubierali się na Fashion Street), zaaferowanych walką o swoje miasto. Jeśli jednak ich działania w samorządzie będą równie spektakularne co hasła wyborcze (w stylu: Jestem uczciwy. Będę dawał z siebie wszystko), to wróżę stolicy Tatr w najbliższych latach  jeszcze większy upadek, choć ciężko uwierzyć w to, że to w ogóle możliwe.

Żeby ten tekst nie był jednym wielkim narzekaniem, na koniec zostawiłem optymistyczny akcent. Otóż w góry nadal warto jeździć! Szczególnie o tej porze roku, kiedy to na szlaku nie ma zbyt wielu dresów w klapkach oraz disco-dziuń na szpilkach. Dzięki temu chodzi się po nich zacnie, a widoki oraz powietrze sprawiają, że człowiek po prostu odpoczywa.

By stan relaksu trwał także po zejściu ze szczytów, polecam zamieszkanie w jednej z okolicznych miejscowości. Ja np. zadekowałem się w Poroninie i była to znakomita decyzja. Po wyprawach jechałem do wioski kilkanaście minut busem i już, mogłem spokojnie odpocząć nie biorąc udziału w zakopiańskim festiwalu tandety. Choć ta, dosłownie pod koniec wypadu, dopadła mnie i w mojej wiosce.

Otóż kiedy czekałem na autobus do Krakowa, obok przystanku przeszła wiekowa gaździna. Na pierwszy rzut oka wszystko się zgadzało: miała na sobie górski strój, chustę na głowie, była nieco przygarbiona. Kiedy jednak przypatrzyłem się babuni dokładniej, dostrzegłem, że na paznokciach ma… kolorowe, długie tipsy.

foto: www.szand.flog.pl

Komentarze


Tagi: , , , , ,



Back to Top ↑