Zastanów się dobrze, zanim podejmiesz decyzję o starcie w triathlonie czy maratonie

Opublikowano Luty 5, 2013 | przez Dżordż

sportboli

Piłkarz ręczny Mariusz Jurasik powiedział mi kiedyś, że gdy budzi się rano i nie czuje bólu, to… zaczyna się denerwować. – Odkąd pamiętam mojemu treningowi towarzyszyło mniejsze lub większe cierpienie. Taki już los zawodowego sportowca – mawia „Józek”. Ja chciałem wam dziś napisać o tym, że nie tylko profesjonalni sportowcy muszą borykać się z tym, że nieustannie ich coś napierdziela. Pasjonaci-amatorzy też mają przegwizdane.

Uprawianie joggingu czy chadzanie na basen niewątpliwie jest cool. Pod warunkiem, że robisz to 2-3 razy w tygodniu, bez spiny, dla przyjemności i zachowania w miarę sportowej sylwetki.

Jeśli jednak decydujesz się wziąć udział w maratonie albo triathlonie, w pewnym momencie żarty się skończą. A zacznie ból. Może nie hardcorowy, taki jak przy otwartym złamaniu nogi. Ale jednak upierdliwy, ponieważ niemal praktycznie nieprzemijający.

Opiszę wam kilka moich dni treningowych, żebyście przed podjęciem decyzji o ewentualnym starcie w poważniejszych zawodach wiedzieli na co się piszecie.

Niedziela – koło 9 rano budzi mnie rwanie w łydce. To efekt wczorajszego crossu w terenie pofałdowanym. Góra-dół, góra-dół przez 80 minut w tempie 5:00/km musiało zostawić jakiś ślad.

Tego dnia mam kilka spotkań ze znajomymi. Przemieszczam się z jednego na drugie i ciągle zaciskam zęby. Noga nie przestaje boleć. I śmierdzieć. Przed wyjściem z domu posmarowałem ją ben-gayem.  Liczyłem, że to da mi trochę ulgi. Nic takiego się nie stało, co gorsza znajomi patrzą na mnie z niesmakiem. Podobnie jak ludzie, którzy siedzą przy stoliku obok. Co jak co, ale ben-gay daje piorunujący efekt zapachowy. Nawet najdroższe perfumy z Sephory tyle nie trzymają.

22.30, łydka trochę „odpuściła”. Idę na rowerek stacjonarny. Godzina pedałowania w jednostajnym tempie. Już po kwadransie mam ochotę przerwać – dało o sobie znać prawe kolano. A dokładnie kaletka maziowa rzepki. Klasyczny problem kogoś, kto swego czasu stawiał źle stopę przy bieganiu albo montował sobie siodełko do rowerku nieco za nisko.

Poniedziałek – z rana kolano nadal daje się we znaki. Ale już o 13 o tym zapominam. O tej właśnie godzine wróciłem z basenu. A po 1900 metrach kraulem jak zawsze czuję intensywnie oba barki. Każda próba podniesienia rąk powyżej poziomu ramion, na przykład podczas zdjemowania koszulki, kończy się jęknięciem.

Przykładam do tych nieszczęsych braków lód. Na chwile mi ulżyło, ale niebawem kontuzja się odnawia. Albowiem idę pobiegać, a przecież podczas joggingu również pracujemy rękami. No i przede wszystkim nogami – witaj kochana lewa łydko! Zdążyłem o tobie zapomnieć, ale ty nie zgodziłaś się na drugoplanową rolę.

Kładę się spać myśląc o tym, że jutro znów muszę ganiać godzinę i dwadzieścia minut po terenie pofałdowanym. Żyć, nie umierać.

Wtorek – okazuje się, że mięsień czworogłowy prawej nogi nie jest tak wytrzymały, jak myślałem. Gdzieś tak po 30 minutach biegu, w momencie wspinania się pod górkę, mówi mi: pierdolę, nie robię. W myślach proszę go, żeby się nie buntował, ale nic z tego. Ból jest palący. Robię kilka minut przerwy, rozciągam się. Potem ruszam dalej ignorując tę cholerną nogę. Dobiegam jakoś do domu, ale z wyrzutami sumienia wielkości Pałacu Kultury – z powodu tego urazu musiałem zapieprzać o jakieś 30 % wolniej niż zakładał mój plan.

I tak to mniej więcej nieustannie wygląda. Treningowy „Dzień Świstaka”.

Nie piszę tego wszystkiego, by odrzucić was od poważniejszego uprawiania sportu. Wręcz przeciwnie: gorąco was do tego zachęcam bo plusy z tego wynikające zdecydowanie przewyższają minusy. Chcę tylko, żebyście mieli świadomość, że to nie jest zabawa dla ludzi o niskiej odporności na ból. Tacy prędzej czy później powiedzą pas. Tak jak ja teraz z pisaniem tego tekstu. Niedawno skończyłem biegać, naparza mnie ścięgno Achillesa – fajnie, zawsze to jakaś nowość – czas iść do wanny, dać odpocząć styranym mięśniom.

 

 

 

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑