Zastanów się, zanim znowu zjebiesz człowieka roznoszącego ulotki

Opublikowano Listopad 4, 2013 | przez ZP

305853_296625357019437_1253833528_n

 

Nie było jeszcze 9 rano, kiedy zbudziły mnie wulgarne okrzyki spod spokojnej zazwyczaj kamienicy, w której mieszkam:

– Spierdalaj stąd, rozumiesz? Wynocha!

– Ale ja…

– Już cię tu nie ma, baranie!

Zastanawiałem się, kogo znajomy głos ciecia traktuje aż tak ostro. Jakiegoś pijaka? A może domokrążcę? Jakież było mojego zaskoczenie, gdy okazało się, że facet jebał biednego studenta, który… roznosił ulotki.

Wiem, że ludzie wykonujący ten zawód mogą irytować. Bo zawsze łapią spieszącego się gdzieś człowieka przed wyjściem z metra/na centralnych placach miasta, bo raz na jakiś czas dzwonią do naszych domofonów z prośbą, żeby otworzyć im drzwi. Zgoda, to nie jest nic fajnego. Ale mimo to mam do Was prośbę: traktujcie tych osobników z sympatią. Ich robota naprawdę nie jest łatwa. Nie dość, że mało rozwojowa i słabo płatna, to jeszcze człowiek nasłucha się od ludzi takich wiązanek, jakby był ich najgorszym wrogiem.

Wiem coś o tym, ponieważ dwa lata temu roznosiłem ulotki przez dwa tygodnie, po 7-8 godzin dziennie. Bliska mi osoba startowała w wyborach do Sejmu i w ten właśnie sposób jej pomagałem. Zrobiłem na nogach dziesiątki kilometrów, zaliczyłem setki bloków, tysiące klatek. I powiem Wam jedno: bywa strasznie. Nie chodzi tu nawet o to, że bolą nogi, czy głowa, zmęczona monotonią wykonywanej czynności. Nie, chodzi właśnie o interakcję z ludźmi. A właściwie jej brak.

– Dzień dobry, chciałem zostawić ulotki.

– Spierdalaj patafianie!

– Dzień dobry, chciałem zostawić ulotki.

– Won mi stąd idioto!

I tak dalej, i tak dalej. Przeważnie udało mi się wejść do danej klatki – większość ludzi łamie się, gdy nie odpowiadasz na ich zaczepki wulgarnie, tylko jesteś miły. Mimo cholerycznego charakteru dawałem radę zachowywać fason, z dwóch powodów: wiedziałem, iż muszę pomóc komuś dla mnie ważnemu, zdawałem sobie też sprawę, że robię to tymczasowo. Ta świadomość pomogła mi przetrwać pół miesiąca, choć bywało naprawdę groźnie. Spójrzcie na zdjęcie „domofonu”, które zamieściłem do tego tekstu. Jest on częścią ohydnego bloku na jednym z biednych osiedli w Gostyninie. Kiedy tam podszedłem, zauważyli mnie okoliczni żule. Spytali co tutaj robię, nieopatrznie powiedziałem prawdę.

– Nie chcemy tu kurwa żadnych polityków, wszyscy to złodzieje! – zakrzyknął herszt bandy. I… ruszył za mną w pościg, wraz z kilkoma kompanami. Na szczęście zdezelowane tanim alkoholem stare organizmy dały radę biec sprintem jakieś 50 metrów, toteż zwiałem im bez problemów. Pierwsza myśl po spektakularnej ucieczce: kiedyś zgubi mnie to, że często najpierw mówię, a potem myślę.

Choć czasem roznosiciel ulotek może być zaatakowany nawet jeśli się nie odzywa. Osiedle domków jednorodzinnych, nie pamiętam już w jakim mieście. Podchodzę pod bramę jednego z nich, nagle wyskakuje facet. Łysy, wytatuowany, prawdziwy bandyta:

– Wypierdalaj mi stąd albo mój pies cię zajebie – nie bawi się w konwenanse, a w dłoni trzyma smycz na końcu której warczy na mnie coś wyglądającego jak mały koń.

– Ale przecież pan nawet nie wie, co roznoszę.

– Chuj mnie to, won!

No to poszedłem. A właściwie – znów pobiegłem (jeśli chciałbyś pracy, w której możesz połączyć trenowanie do maratonu z zarabianiem kasy, zacznij dostarczać ulotki).

Czasem bywa nie tylko strasznie, ale i smutno.

Płock, zwykły czteropiętrowy blok. Dzwonię, odbiera jakiś staruszek. Otwiera mi drzwi, zaczynam wrzucać ulotki. W międzyczasie dziadunio… schodzi do mnie na klatkę i zaprasza na kawę. Nie bez obaw (to było już po wspomnianych wyżej sytuacjach) zgadzam się. Idziemy na drugie piętro, a ja się zastanawiam czy to seryjny morderca, czy może po prostu miły gość. Opcja nr 2, na szczęście, okazuje się prawdziwa.

Facet ma skandalicznie niską rentę, dlatego chciał ze mną pogadać jak udało mi się dostać tak… „wspaniałą posadę” i „czy bym mu nie pomógł”. Wyobrażacie sobie jak zdesperowany musiał być to człowiek, skoro praca ulotkarza wydała mu się aż tak zacna? Trochę zaszkliły mi się oczy, obiecałem zrobić co w mojej mocy.

Z kolei mi obiecała głos swój i męża kobietka, która… wjechała w moje auto na skrzyżowaniu w Gostyninie. Zagapiła się i bum, rąbnęła we mnie, na szczęście z niedużą prędkością, więc skończyło się na siniakach.

Tak sobie myślę: skoro przez dwa tygodnie tej roboty spotkało mnie tyle dziwacznych historii, to co musi przeżywać człowiek, który pracuje w branży od miesięcy/lat? Nie wiem dokładnie, ale jestem przekonany, że w 90 % nie jest to nic dobrego. Dlatego apeluję do Was raz jeszcze: miejcie wyrozumiałość dla tych, którzy roznoszą ulotki.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑