Zawodowiec: drobny przedsiębiorca

Opublikowano Marzec 25, 2015 | przez Gofrey

przedsieb

Cykl zawodowiec miał proste założenie: pokazujemy zawody, które stały się symbolem męstwa. Nie bez powodu zaczęliśmy od drwala, który był punktem wyjścia dla całej „lumberseksualnej” mody na koszule w krate i bujny zarost. Stwierdziliśmy jednak, że to trochę pójście na łatwiznę i prosto ze stereotypami. Skoro był drwal, to następny bankowo powinien być górnik, prawda? Nie wykluczamy, że jeszcze przyjdzie nam zjechać na przodek, by pokazać wam od środka z czym każdego dnia zmagają się faceci pracujący pod ziemią, ale w drugim odcinku „Zawodowca” prezentujemy kogoś zupełnie innego.

Drobnego przedsiębiorcę.

Co? Jak? Dlaczego?! Dlaczego symbolem męstwa ma być facet opychający nam wędlinę w osiedlowym sklepie, dlaczego symbolem męstwa ma być gość troskliwie podający flaszkę i dwa energetyki złaknionemu studentowi w niedzielny poranek? Przecież to nawet nie jest męski zawód, wiem, bo moja babcia miała warzywniak.

Okej. Rozumiemy. W żadnym wypadku nie chcemy seksistowsko zawężać grupy drobnych przedsiębiorców do męskich przedstawicieli tego fachu. Mamy jednak wrażenie, że dziś właśnie w tej grupie jaja ze stali są nie tyle miłym dodatkiem, co absolutną koniecznością. Kogo wrzucamy do tego kotła? Wiadomo, każdego kto musi z własnej kieszeni pokryć horrendalnie wysokie ZUS-y, czasem tylko za siebie, czasem za siebie i wianuszek pracowników. Skromny sprzedawca gazet w kiosku. Facet siedzący za ladą w monopolowym. Jubiler niezrzeszony w wielkiej sieci tego typu sklepów.

Wszyscy stają przed tymi samymi problemami, próbując zarobić na tysiąc różnych podatków, składek i ubezpieczeń. Już kiedyś zresztą poruszaliśmy ten temat, wymieniając całą litanię żali formułowaną przez drobnych przedsiębiorców. Biurokracja. Koncesje. Skomplikowany system podatkowy. ZUS. US. Kontrole czepiające się o najdrobniejsze szczegóły i odwrotnie, twardy mur, jeśli to przedsiębiorca potrzebuje jakiejś pomocy czy też zgłasza jakąś skargę. Przykłady? Weźmy dwa, z ostatnich tygodni.

Wyliczanie składek ZUS od… średniej krajowej. Brzmi niedorzecznie? Co z tego, w tym kraju, szczególnie w sferze traktowania firm, nie ma czegoś takiego jak „niedorzeczne”. Składkę ZUS dla WSZYSTKICH przedsiębiorców liczy się od… średniego wynagrodzenia w firmach zatrudniających powyżej dziesięciu osób. Innymi słowy – pan Waldek, który sprzedał ci rano dwa długopisy i zeszyt płaci składkę ZUS liczoną na podstawie zarobków m.in. w kopalniach. Efekt? Obecnie przedsiębiorcy muszą wycelować ponad tysiąc złotych miesięcznie, oczywiście niezależnie od tego, czy sami cokolwiek zarobili. Pan Roman z własną firmą ogrodniczą zajmującą się przycinaniem żywopłotów zimą może sobie ewentualnie przyciąć żyły, płacąc pełną składkę ZUS-owską mimo zerowych przychodów.

Drugi absurd z ostatnich tygodni: odgórny nakaz zwiększenia liczby kontroli skarbowych zakończonych mandatami i grzywnami. „Puls biznesu” ujawnił wytyczne od urzędników Ministerstwa Finansów, którzy zaapelowali do Urzędów Skarbowych, by „dopasowały ilość wykrytych oszustw podatkowych do statystyk ustalonych w resorcie”. Oznacza to nic innego, jak zachętę do rozstrzygania wszystkich spornych kwestii na niekorzyść przedsiębiorcy oraz czepialstwa w najdrobniejszych szczegółach. Zachętę podszytą zresztą… groźbą. Zacytujmy dziennik.pl:

Dyrektorzy izb skarbowych i przedstawiciele resortu finansów zastanawiali się niedawno, jak wyraźnie zwiększyć skuteczność działania administracji podatkowej. Niektórzy uczestnicy narady sporządzili z niej sprawozdania. Dotarliśmy do jednego z nich. Okazuje się, że MF postawiło sprawę jasno: urzędy, które będą odstawać, zostaną ukarane, np. utratą etatów.

*

A to ledwie wycinek ślicznego życia drobnego przedsiębiorcy. Kiedyś pisaliśmy na Wyszło:

Jest jednak jedna, dość skromna i pewnie coraz skromniejsza grupa, która nie protestuje nigdy. Czemu? Bo nie ma na to czasu. Bo protest wiązałby się z koniecznością zaniechania obowiązków, a zaniechanie obowiązków zaowocowałoby pustym garnkiem na koniec miesiąca. Mali, drobni – już same epitety, które opisują ich grupę zwiastują nieszczęście – przedsiębiorcy. Masochiści, czarny lud do wyzyskiwania, bez możliwości lobbowania jakiejkolwiek zmiany.

Nie powinniście mieć trudności z rozpoznaniem ich na ulicy – najłatwiej spotkać ich we wczesnych godzinach porannych, gdy z kurwami na ustach mkną załatwiać papierkowe formalności we wszystkich czterdziestu ośmiu urzędach, wymyślających im ograniczenia, lub w późnych godzinach nocnych, gdy z podkrążonymi oczami jadą zebrać ze swoich sklepików lichutki utarg dnia.

Urlopy tylko poza sezonem, bo w sezonie na te udają się pracownicy. Strajki? Dobre sobie. Lobby, organizowanie się w jakiekolwiek związki, próba walki z systemem? Nie ma na to czasu, bo trzeba wgryźć zęby w tynk i zarobić na spłatę zaległych faktur. Czemu zaległych? Bo z innymi firmami da się jeszcze jakoś dogadać, ale ZUS trzeba zapłacić w terminie.

Chcesz udowodnić, że twoje jaja są twardsze niż stal, którą formował kowal w średniowiecznej kuźni? Zrób jak on – stań się drobnym przedsiębiorcą! A potem zobacz sam jak kowadło, wszystkie miecze i topory, a wreszcie stołek, na którym pracowałeś odbierają kolejne rządowe instytucje. Mało?

Spróbuj wersji extra-hard. Spróbuj zdobyć koncesję na sprzedaż alkoholu.

Drwal męskim zawodem? Drobny przedsiębiorca, choćby i wspomniana babcia z warzywniaka, całe to drewno byłaby w stanie ściąć… No, nieważne czym. Wierzcie nam jednak, ta grupa społeczna zdecydowanie spełnia warunki cyklu „Zawodowiec”.

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑