Zawodowiec: listonosz nie cieszy już romantyków

Opublikowano Październik 24, 2015 | przez ZP

postman

Kiedyś, za czasów gdy najpopularniejszym zespołem w Polsce byli Skaldowie, listonosz był miłym panem w średnim wieku, który przejeżdżając przez osiedle bądź wieś na rowerze co jakiś czas podnosił czapkę by pomachać wystającym z okien kobietom. Gdy zatrzymał się przed domem czy klatką, wiadomo było, że przyniesie list – od ukochanego bądź ukochanej, z urzędu czy komisji wojskowej. Teraz najczęściej przynosi rzeczy, nie nosi jak w „Złotopolskich” munduru i coraz rzadziej jeździ na rowerze. Ma już samochód. Bo musi. Inaczej nie przetransportowałby tylu paczek.

Miał pocztę zabić e-mail, mieli pocztę zabić też kurierzy, a ostatnio – paczkomaty. Listonosze wciąż jednak pracę mają. Przebywają codziennie w tych samych miejscach, rozmawiają z tymi samymi ludźmi. Dla starszych są tymi, którzy przynoszą emeryturę. Te coraz częściej są przelewane na konto, ale jeszcze niedawno listonosze mogli sobie solidnie dorobić na boku, gdy dostawali od emerytów drobniaki. Do tego otrzymywali masę historii, bo samotni ludzie chcieli się po prostu wygadać. Listonosza zna każdy i niemal każdy mu ufa.

Każdy listonosz dzień zaczyna wcześnie rano. Segreguje paczki i listy, dzieli je według ulic, bloków, klatek. I rusza w trasę, zapakowawszy wszystko do samochodu. Jeździ, puka, dzwoni, roznosi, zostawia awiza. Wraca do samochodu i jedzie w kolejny rewir, żeby obsłużyć następną ulicę. Z co bardziej otwartymi ludźmi urwie sobie krótką pogawędkę, żeby się nie zanudzić i nie wpaść w rutynę. W tym zawodzie błąd może być bolesny – źle dostarczony list to problem dla niewłaściwego odbiorcy, a zagubiona przesyłka kosztować może sporo.

Jest to też czasem praca frustrująca, bo na sam koniec dnia jest tym samym, co w biurze – robotą papierkową. Z wszystkiego trzeba się rozliczyć – z zużytego paliwa, z rozesłanych listów. Pisma urzędowe wędrują wraz z potwierdzeniem odbioru – to też trzeba zaindeksować. Poprawić wszystko miały naklejki z kodem kreskowym, ale ułatwiły życie tylko komputerom. Wciąż trzeba wszystko podpisać, zapieczętować. Fajrant listonosza to nie rozdanie ostatniego listu czy wypisanie ostatniego awiza. To zaksięgowanie ostatniej przesyłki.

Praca listonosza rzadko bywa wdzięczna, jest słabo opłacana, a robić trzeba w każdy dzień powszedni, w każdą porę roku. Nie ma przebacz. Ale jest w tym coś większego – kiedyś listonosz przynosił wyrazy miłości i pozdrowienia z wakacji, teraz książki i konsole do gier. Może dziś cieszy swoją obecnością bardziej materialistów niż romantyków, ale cóż: radość to radość.

Komentarze


Tagi: , , ,



Back to Top ↑