Zawodowiec: o swojej pracy opowiada nam radiowiec

Opublikowano Maj 28, 2015 | przez ZP

radio

Już podczas swojej pierwszej audycji w radiu poczułem, że mam do czynienia z miejscem absolutnie niepowtarzalnym. Wystąpiłem w niej z dwoma osobami, które wygrały casting i wraz ze mną miały sprawdzić się na żywo. Pierwsza z nich, nastoletnia dziewczyna, postanowiła… przeczytać wierszyk dla mamy z okazji jej święta. Gdy byłem pewien, że nikt nie przebije tego wyczynu, kolega podał… aktualne ceny za gram marihuany w Płocku (rozgłośnia znajdowała się w tym mieście). A potem? Było jeszcze ciekawiej!

W tym samym radiu zdarzyło mi się odpowiadać za stażystów. Mimo że miałem 19 lat, musiałem chodzić w miasto z niewiele młodszymi ode mnie ludźmi, którzy robili sondy pośród płocczan. Jedna z dziewczyn wymyśliła sobie taki temat: Kto tak naprawdę zabił według ciebie Kurta Cobaina z Nirvany? Spotykani w środku dnia w centrum Płocka ludzie robili naprawdę dziwne miny, gdy słyszeli to pytanie.

Radio to nie tylko bieganie z mikrofonem po mieście czy audycje żółtodziobów, to również transmisje na żywo. Na przykład z wielkich wydarzeń sportowych, choćby z igrzysk olimpijskich. W ich trakcie człowiek daje się porwać na antenie emocjom, co czasem kończy się groteskowo.

Kiedy Justyna Kowalczyk zdobywała w Soczi złoty medal, byłem tym faktem tak podekscytowany, że wykrzyczałem na żywo coś w stylu „Justyna jest taka szczęśliwa, kamera ją teraz filmuje, a Polka się uśmiechuje!”. Czytający informacje o mało nie pospadali ze śmiechu z krzeseł.

A właśnie, informacje.

To podczas nich można zaliczyć największą wpadkę. Ja raz w życiu nie wytrzymałem i zacząłem się śmiać w trakcie czytania. Doszło do tego wtedy, gdy kolega przed moim wejściem przeczytał newsa o tym, że z kosmosu wróciła… sycylijska rurka z kremem. Słynny przysmak w stratosferę wysłało czterech młodych studentów. Przyczepiony do sondy z balonem uniósł się 30 tysięcy metrów nad Ziemią.

Wyobraźcie sobie, że jest rano, chce wam się spać, nie zdążyliście jeszcze zjeść śniadania ani wypić kawy, że za chwilę macie wejście na żywo i słyszyscie coś tak absurdalnego. Dla mnie to było za dużo, więc po prostu krztusiłem się ze śmiechu.

Zabawnie bywa też w trakcie prowadzenia programów. Kiedyś na jedną z audycji zaprosiłem byłego łyżwiarza szybkiego Pawła Zygmunta. Do wejścia na antenę pozostały trzy sekundy, a jego nadal nie było w studiu. Nagle otwierają się drzwi, wpada Zygmunt: zasapany, spocony, ledwo żywy. I na dzień dobry, po tym jak łapał oddech przez kilka sekund mówi do mnie i do słuchaczy:

– Redaktorze, kondycja już nie ta, jestem trochę grubasek, ale biegłem do pana i zdążyłem. Brawo dla mnie!

Ciężko w takiej sytuacji zachować powagę, serio.

Zygmunta przebił kiedyś eks-kolarz Cezary Zamana. Sytuacja była podobna, co z Pawłem: program miał się zacząć, a gościa ani widu, ani słuchu. Kiedy pogodziłem się z tym, że przez kwadrans będę musiał improwizować, wydawca otworzył drzwi, a tam pojawił się Zamana… na rowerze, który w iście sprinterskim tempie wjechał do studia. Jedyne, co przyszło mi w tym momencie do głowy, to coś w stylu:

– Szkoda, że państwo tego nie widzą, ale Cezary Zamana właśnie jak za najlepszych lat dał popis swojej szybkości. Tyle że nie na finiszu etapu, a przed moim biurkiem.

Zanim zajmowałem się sportem, zdarzyło mi się bawić w lokalnej stacji w DJ-a. Tam dopiero się działo. Kiedyś zrobiłem o DZIESIĄTEJ RANO konkurs, w którym do wygrania były bilety do cyrku. Dzwoni koleś, myślałem, że mówi tak dziwnie bo jest śpiący. Błąd, był nawalony. Pytam, z uśmiechem na ustach:

– A wie pan jakie jest największe zwierze w cyrku?

– Żyłafaaaa!

– A co w nim robi?

– No kurwa, chyba piłueeety, nie?

Oczywiście życie radiowca nie składa się tylko z sytuacji zabawnych. Bywa nerwowo, na przykład wtedy, kiedy człowiek  musi wysłać „na już” materiał z ważnego meczu, a na stadionie nie działa internet. Albo gdy idzie na konferencje prasową i nagle, nie wiedzieć czemu, sprzęt odmawia posłuszeństwa i nie nagrywa wypowiedzi jej bohaterów.

Dla przeciętnego Kowalskiego minusem pracy w radiu byłyby też zapewne godziny w jakich trzeba ją wykonywać. Bardzo często zdarza się tak, że człowiek musi być przed mikrofonem już o szóstej rano. Czyli wstać trzeba plus minus godzinę wcześniej. Wiosną i latem można to znieść, głównie dlatego, że za oknem jest widno. Zimą ma się jednak wrażenie, że pobudka następuje w środku nocy. To nic miłego, ale myślę sobie, że plusy w tej robocie zdecydowanie przysłaniają minusy. Dlatego z czystym sumieniem mogę polecić ją ludziom marzącym o karierze dziennikarza a także tym, którzy mają ładny głos, a nie posiadają za to pomysłu na siebie.

Komentarze


Tagi: , , , , , , , ,



Back to Top ↑