Że niby „Django” taki dobry? Poczekaj na „Zero Dark Thirty”!

Opublikowano Styczeń 24, 2013 | przez kozak

samuel-l-jackson-django-unchained-closeup-16x9„Django” fajne. Fajne zdjęcia, fajna muzyka, fajna historia. Ot, fajne. I nic więcej. „Pulp Fiction” to z tego nie jest, do historii kina nie przejdzie. Do historii najbliższych dwunastu miesięcy też nie. Jeśli ktoś mówi „film roku”, to my mówimy: zaczekaj na „Zero Dark Thirty”.

Recenzje nowego filmu Tarantino są powalające, wszystkie przychylne, chyba tak na wszelki wypadek. Przychylnie piszą nawet ci dziennikarze, którzy nie mieli czasu obejrzeć filmu, bo gdzieś przeczytaliśmy, że to opowieść o czarnoskórym Django, który ściga braci Brittle – no dobrze, może i jest to film o tym, ale tylko pod warunkiem, że wyłączyłeś po pierwszych 40 minutach. Bo generalnie jest o czym innym.

Jeśli ktoś idzie do kina miło spędzić czas – a to nie jest głupia motywacja – to „Django” powinien się nadać. Jeśli ktoś lubi Tarantino to pewnie będzie zachwycony, jeśli ktoś lubi niespecjalnie: to obejrzy bez bólu zębów i po dwóch dniach zapomni, a na pytanie kumpla, jak było, odpowie: w porządku. Porządny, dobry film.

Jednak po obejrzeniu „Zero Dark Thirty” nikt nie powie: w porządku. „Zero Dark Thirty” – w Polsce w lutym jako „Wróg numer jeden” – ze wszystkich filmów, których tytuły przewijają się w oscarowej walce podoba mi się najbardziej. Bardziej niż „Niemożliwe”, „Django”, „Lincoln”, „Życie Pi”, „Operacja Argo” (kilka innych tytułów jeszcze zostało do zaliczenia). Fantastyczne, męskie kino, na faktach – chociaż jak bardzo na faktach, tego się pewnie nigdy nie dowiemy. Dziesięć lat polowania na Osamę Bin Ladena pokazane przez 2,5 godziny. I wbrew temu co piszą media, nie jest to jakiś amerykański patos, nie jest to wyniesienie pod niebiosa amerykańskich służb specjalnych. Wręcz przeciwnie – okazuje się, że całe to polowanie było prowadzone w sposób dość amatorski i pewnie nie skończyłoby się sukcesem, gdyby nie zajawka jednej kobiety (oraz gdyby nie trochę szczęścia). Jeśli w czasie oglądania będziesz zadawać sobie pytanie, czy Maya istniała naprawdę, to odpowiadam – tak, istniała (istnieje) naprawdę, naprawdę pracowała w Islamabadzie. Artykuł o niej ukazał się niedawno w Washington Post.

W „Zero Dark Thirty” jest wszystko, co lubi facet, który nie uważa „Seksu w wielkim mieście” za serial wszech czasów.

Jest:

– Szpiegostwo

– Terroryzm

– Tortury

– Wybuchy

– Strzelaniny

– Intryga

Mamy nawet coś dla fanów polskich scenerii – jest nawet Gdańsk, gdzie na statku Amerykanie mieli przesłuchiwać więźnia. To nawet ciekawe, ponieważ do tej pory słyszeliśmy o lądowaniach samolotów CIA na terenie Polski, ale o przesłuchaniach w Trójmieście nikt nie wspominał. A zdaje się, że ta lokalizacja nie została wylosowana metodą chybił-trafił.

„Zero Dark Thirty” – jeszcze nikt tak sprawnie nie ujął najnowszej historii i nie zamknął jej w zwartą, porywającą fabułę. Koniecznie.

Komentarze

Klimat "Django"
"Django" vs próba czasu
"Zero Dark Thirty": realizm
"Zero Dark Thirty": wciskanie w fotel

Podsumowanie: Dwa dobre filmy, ale jednak wolimy coś prawdziwego niż bajeczkę o czarnym kowboju.

4.5

Hit


Ocena użytkowników: 3.2 (53 głosów)

Tagi: ,



Back to Top ↑