Zepsute miasto, kocham cię mocno. Recenzja nowej książki Żulczyka

Opublikowano Październik 31, 2014 | przez Pato

ślepnąc

Takie książki najlepiej czyta się jesienią. Szarobure obrazy zza okna wydzierają ostatnie zapasy serotoniny. W głowie otwierają się ciemne szufladki, które za moment znowu rzucą nas w jakieś bagno. Kiedy ostatni raz widziałeś sztabkę złota? – pyta Jacek, bohater „Ślepnąc od świateł”. Kokainę miałeś w nosie w ostatni weekend.

Tak, to powieść o bagnie. Nie o dilerach, bo ci są tylko nośnikiem. Też nie o dragach, ponieważ to byłoby zbyt proste. Bardziej o pędzie aspiracji, w którym dragi służą jako paliwo. Są substytutem. Złudzeniem siły. Drugim życiem, które zaczyna się po zmroku, w świetle tytułowych świateł.

Przez ten świat oprowadza nas Jacek, niedoszły student ASP, słoik z Olsztyna, który nie chce powielać egzystencjalnych schematów rówieśników. Nie ma rodziny, kredytu. Nikt nie zna jego tożsamości, za to on zna wszystkich. Jest dilerem. Waży i sprzedaje. Każdej nocy odkrywa przed nami brudne karty stolicy. Kreski zastąpiły tu wszystkie wartości, stugramowe kości są jak lekarstwo, po które dzwonisz w chwilach zwątpienia. Wciąga młodzież z bogatych domów. Wciągają korpo-roboty. Po „lekarza” regularnie dzwoni też elita kulturalna, polityczna i telewizyjna. Jak choćby Mariusz, znany gospodarz talk-show w telewizji NTV.

Nie jest to obraz przerysowany, jak sądzą niektórzy. To wycinek, o którym w kilku piosenkach nawijał już Sokół („Zepsute miasto, kocham cię mocno. Niektórzy nazwą to toksyczną miłością”). Łatwo w nim odszyfrować pewnych ludzi i pewne miejsce, jak willa na Saskiej Kępie albo kamienica przy Alejach Jerozolimskich. Żulczyk żongluje tym światem, lepi z niego obskurny i czarny obraz. „Kokaina i alkohol kochają się najbardziej na świecie. Bezwarunkowo. Jak matka, jak Jezus Chrystus zmieniają nocne miasto w panopticum ludzkich słabości i żądzy” – pisze w pewnym momencie.

Nie powiem, świetnie się to czyta. Po pierwsze: bohater – intrygujący, złożony, facet, który mało mówi, ale dużo myśli. Niby cyniczny bandyta, a jednak z wartościami. Ma w sobie coś takiego, że zaczynamy mu kibicować, przyznawać racje, w zepsutym i zachłyśniętym mikrokosmosie wydaje się nielicznym, który zachował zmysł autorefleksji. Chce chwilowego spokoju. Chce uciec do Argentyny. I pewnie, by to zrobił, gdyby kilka rzeczy nagle nie wymsknęło się spod kontroli…

Po drugie: akcja i brud ociekający z powieści każą brnąć w tę historię dalej. Chcemy czy nie, lubimy czytać takie rzeczy. Dowiadywać się o świecie, który niby nierealny, tak naprawdę czyha za rogiem. Jak kokaina – jest podpuchą, mirażem, ale mirażem tak kuszącym, że prędzej czy później godzimy się, by podpalił nam receptory.

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑