Złamane serca, Warszawa, morze alkoholu. Żaden raper z krowią obrożą by tak nie nawinął

Opublikowano Luty 4, 2015 | przez Pato

taco

Znalazłem dziś na Facebooku perełkę. To znaczy już wcześniej o niej słyszałem, ale dopiero teraz przesłuchałem całość i stwierdzam z otwartą przyłbicą, że żaden raper wytatuowany na Scofielda by tak nie nawinął. Taco Hemingway, znacie? Pewnie nie, bo to produkcja stosunkowo świeża i mocno niszowa. A jednak radziłbym się zaznajomić. Przesłuchać dwa razy. Przewertować w głowie teksty. Wsiąknąć.

Ja to kupuję. Mam dość słuchania, że rap mogą robić tylko ludzie z blokowisk. Te pseudo groźne miny i teksty o prawilnikach dobre były w gimnazjum. Teraz obchodzi mnie tylko to, co słyszę. A Taco Hemingway słucha się świetnie, zwłaszcza, jeśli mieszkasz w Warszawie, masz dwadzieścia parę lat i większość wydarzeń plus miejscówki są tak naprawdę twoimi miejscówkami. Roman w Zakąskach. BUW. Patio. Karowa. W skrócie: „miasto betonu i pogubionych telefonów” z wódą za cztery złote i smakiem szlugów w powietrzu.

Jest więc projekt „Trójkąt Warszawski” płytą miejską, fabularyzowanym rapem. Nawet jeśli ktoś ma w dupie stolicę, to na pewno doceni nostalgiczne bity i narrację autora. Jak u prawdziwego Hemingwaya – proste środki, ale dużo emocji. Nieszczęśliwie zakochany nastolatek błądzi po brudnej Warszawie, a my błądzimy razem z nim. Jest w tym żal i rozczarowanie, ale za moment pojawia się ironia. Cynizm. Mnie się te zbitki słowne podobają. Tak samo jak ogólne wkurwienie i zalewanie w trupa. Suche gardło po narkotykach. Pajęczyna w pustym portfelu i 0,7 l na trzech.

Płyta jest bardzo spójna, wszystkie kawałki układają się w całość. Zaczyna się od szlugów i kalafioru i na kalafiorze się kończy. Do tego sporo w tym celnych obserwacji, jak np. o znajomych, którzy w korporacyjnym szale schowali do szafy vansy, a na siki zaczęli mówić mocz. To wszystko o nas i o mieście, które jest obok. Bez przekoloryzowania i zbędnego wymuszenia. Na duży plus również wstawki piłkarskie – o grubym Grzegorzu Lacie i przyspawanym Michale Listkiewiczu. O przyśpiewce PZPN, PZPN…, która w pewnym momencie robi za refren i robi to genialnie. Jest jak manifest. Niby prosty, niby chodnikowy, a jednak w całym tym anturażu przemyślany i bardzo wymowny.

Całość możecie ściągnąć za darmo w Internecie. Siedem utworów daje jakieś trzydzieści minut słuchania. Warto.

 

Komentarze


Tagi: , , , ,



Back to Top ↑