„Szefowa” – rany, ale kicha!

Opublikowano Kwiecień 23, 2016 | przez Gofrey

bba94f62d28ce6fc8fdd2e6e5259ee2a

Po tym co Melissa McCarthy zrobiła z rolą Susan Cooper w komedii „Agentka”, oczekiwania były wyjątkowo wysokie. Tamta komedia balansująca gdzieś na granicy parodii wywoływała wybuchy śmiechu, a przy tym w kapitalny, bardzo smaczny sposób bawiła się konwencją, schematami, ugranymi ścieżkami, wydeptując je w nowy, nieszablonowy sposób. W „Szefowej”, która właśnie weszła do kin – jest zupełnie na odwrót.

Choć odtwórczyni głównej roli się nie zmienia, ba, nie zmienia się też pomysł na nią, na to by jej soczyste wypowiedzi budowały cały film – cała reszta spada o kilka poziomów. Finezyjne i pełne metafor wrzutki z „Agentki” tutaj zmieniają się w wulgarne „ssij mi”, rozbudowane czasem do trzech-czterech zdań. Towarzystwo? Genialnego Stathama podmieniono tutaj na wylukrowaną Kirsten Bell, gapowatą, ale w naturalny sposób zabawną Mirandę Hart na bezbarwną córeczkę.

Gra schematami znana z „Agentki”, dzięki której bezkompromisowy twardziel-mściciel Statham, którego znamy z jego wcześniejszych filmów staje się bezkompromisowo śmieszną parodią twardziela-mściciela, tutaj nie istnieje. Wręcz przeciwnie – bogata antypatyczna milionerka poznająca życie w biedzie i płynącą z tego życia umiejętność dostrzegania „tego, co bezcenne” jest tak do bólu wtórna, że zaczęliśmy się zastanawiać, czy to nie jest jakiś remake rodzimego „Pieniądze to nie wszystko”.

Sposób na humor? Ha, wyśmienitym pomysłem będzie uczynienie czarnym charakterem Petera Dinklage, czyli karła. A jak jeszcze karzeł będzie sobie wyobrażał, że jest chojrakiem-samurajem? Ho, ho, nie bądźmy aż tak szaleni, bo widzom brzuchy popękają na tej karuzeli śmiechu.

Raz na jakiś czas zdarza się śmieszniejszy dialog. Raz na jakiś czas zdarza się śmieszniejsza scena. Niestety, większość z nich już widzieliśmy w trailerze. Historia miała spory potencjał – bo przecież bohatera, który spada do zera i właśnie na dnie odnajduje siebie, można było przedstawić na tysiąc sposobów, w otoczeniu tysiąca gagów i przede wszystkim – z płynnym przejściem od chamskiej drapieżnicy do rodzinnej kobiety dostrzegającej, co jest naprawdę ważne. Zamiast tego mamy harpię, która praktycznie do końca jest zołzowata, procesu przemiany nie widać u niej wcale, a ckliwy morał, że „rodzina jest najważniejsza” ginie przy rzucanych często (i pozostawianych bez korekty) radach czysto biznesowych jak „nie miej rozterek”, „o kasę walczy nawet siłą”, „wolontariat to brednia”.

Nas dodatkowo ubodła jeszcze debata nad logiem firmy głównej bohaterki, która cieszy się, że „kojarzy się ze Stalinem”, bo to znaczy, że równocześnie kojarzy z ogólnie pojętą siłą. Ale przy innych błędach twórców – to jest tylko podwieczorek.

Spotkanie w połowie drogi między kinem familijnym a kolejną komedią po bandzie, spotkanie w połowie drogi między moralizowaniem a ukazywaniem, że tylko dziadowskie zagrywki są w biznesie skuteczne. Skończyło się mdło, nijako, po prostu słabo. Nawet „one man show” McCarthy tego filmu nie ratuje, tym bardziej, że spod obfitej charakteryzacji wyłania się momentami ta sama postać grana już przez nią kilka razy.

Kiszka. Lepiej wrzucić sobie raz jeszcze „Agentkę”, niż marnować czas na film, który sam nie ma pojęcia, jaki był właściwie jego cel.

Komentarze

McCarthy
Humor
Spójność
Sens pójścia do kina

Podsumowanie: Kiszka. Lepiej wrzucić sobie raz jeszcze "Agentkę", niż marnować czas na film, który sam nie ma pojęcia, jaki był właściwie jego cel.

1.5


Ocena użytkowników: 1.7 (1 głosów)

Tagi: , ,



Back to Top ↑